WSPÓŁCZEŚNI BARTYMEUSZE To mogło z całą pewnością wyglądać tak: Takich sytuacji znamy bez liku, jak ta, którą notuje Ewangelista Marek. Ktoś wpadł w tarapaty, umknął mu sprzed oczu jego cel powołania: świętość. Jakaś kradzież, bójka, złe towarzystwo, wyrok i odsiadka... Komuś innemu zawaliło się małżeństwo i rodzina. Współmałżonek znalazł nową „drugą połowę”, dzieci poszły „na swoje”. Samotność poprowadziła do alkoholu albo w najlepszym wypadku do postawy głębokiego zamknięcia się wewnętrznego. Jednak zanim takie, czy inne tragedie się wydarzyły, wpierw były ich początkowe symptomy: koleżeństwo podjudzało do kradzieży, by ktoś się mógł wkupić w łaski grupy, brak czasu poświęconego na wychowanie dziecka sprawił, że latorośl stwierdziła, iż więcej wywalczy swymi rękoma, dając rywalom po nosie, a co ważniejsze - tacy sami jak on zrozumieją go i w razie potrzeby wesprą: w bójce, czy w daniu fałszywego alibi. I skutek gotowy: kraty...A tłuszcza, czyli tak zwani „koledzy” paczek nie nosili, a jak w odwiedziny który przyszedł, to tylko po to, by sprawdzić, czy „herbatnik z podwórka” się aby „nie rozpruł” - czyli że nie wydał reszty bandy. Rozwód to też skutek czegoś głębszego, co trwało ileś tam czasu. Sygnałów też było bez liku: częste „humory”, kłótnie, ciche dni, różne zdania na te same tematy, uciekanie w pracę, wzajemne wbijanie sobie zarzutów, obwinień, etc. Rodzice i teście nie zareagowali - bo po co się wtrącać, koledzy dawali tylko okazję do wyrwania się od „starej”, koleżanki szukały miejsca i sposobności do ploteczek i do dzielenia się pomysłami na to, jak naciągnąć na kasę nudnego męża. Nikomu z wymienionych wcześniej, nie przyszło do głowy, by jasno zasygnalizować pustkę, która zaczyna się między dwojgiem małżonków pojawiać. A przecież tu nie chodziło o żadne „wtrancanie” się, lecz o czystą ludzką uczciwość: „Ludzie, zaczynacie być puści”! Coście zrobili z sakramentem małzeństwa? I tak oto współcześni Bartymeusze coraz częsciej pojawiają się na rogatkach Jerycha, takich jak „Rozmowy w Toku”, „Moment Prawdy”, „Kuba Wojewódzki”, czy „Szymon Majewski Show” i wielu innych, podobnych. Swoimi wynurzeniami próbują zwrócić uwagę kogokolwiek. Gdzieś przecież wreszcie muszą dojść, bo ileż czasu można się tak tułać, będąc ślepym na duchowe wartości, odartym z godności i honoru, zarośniętym w pychę i egoizm? Jest jednak w tym wszystkim jedno małe „ale”. Bartymeusz nie wołał byle kogo, tylko Chrystusa - czując, że Mistrz z Nazaretu może wszystko w jego życiu odmienić. I na koniec: nie poszedł po uzdrowieniu za byle kim, lecz za Uzdrowicielem, za Jezusem Chrystusem. ks. Marek Radomski |
|
|
|