baner_czarny

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

swiadectwa

ks. Jacek

„PRZEZ ŚMIERĆ STARYCH UCZUĆ DO NARODZIN NOWEGO SERCA”

Jestem kapłanem katolickim od 20 lat. Choć moje losy różnie się toczyły natrafiając na małe i duże zwątpienia, to jednak tej tożsamości nigdy nie podważyłem. Zatem: „jestem kapłanem katolickim”, to jeden z najważniejszych filarów mojej tożsamości i to bardzo pozytywny. Jednak mojej drodze kapłańskiego życia towarzyszy także inny element tworzący tożsamość: „jestem dorosłym dzieckiem alkoholika”. Lata mojego życia pokazały, że to jest także jeden z najważniejszych filarów mojej tożsamości i to negatywny. Widzę zatem dwie podstawowe siły kształtujące mnie przez minione 20 lat. Jeśli byłem otwarty na pracę z nimi, spotykało mnie dużo błogosławieństwa, lecz kiedy zamykałem się na ich obecność udając że ich nie ma, poznawałem co znaczy dotknąć przekleństwa.

Element pozytywny wpływał na mnie dobrze przez tajemniczą obecność mocy kapłaństwa. Element negatywny też pomagał się rozwijać przez konieczność rozwiązywania, ciągle powracających kryzysów uczuć i złego myślenia na swój temat. Kryzysów w moim życiu było już wiele. Teraz chcę opowiedzieć tylko o jednym z nich, który wydarzył się całkiem niedawno, a był najboleśniejszy ze wszystkich.

W lutym tego roku wpadłem w głęboką depresję. Zwaliła się na mnie nagle. Prawie z dnia na dzień zawalił się cały świat pozytywnych uczuć, chociaż pewne symptomy pojawiały się już od kilku miesięcy, ale je zlekceważyłem albo po prostu nie zauważyłem. Nagle znalazłem się w sytuacji czarnej dziury, gdzie przed tobą nic nie ma (dosłownie: „nic”). Nadziei wystarczyło mi tylko na następne pół godziny, dalej nie było już nic, żadnej odpowiedzi uzasadniającej, po co jeszcze miałbym żyć. Nie byłem nigdy w piekle, ale myślę, że ludzie w nim, muszą się czuć podobnie. Wiem już na pewno, że prawdziwym cierpieniem nie jest ból fizyczny, ale całkowite odcięcie od jakichkolwiek relacji. Muszę tu zaznaczyć, że choć wyparowała ze mnie nadzieja, to jednak wiara w Boga pozostała i to ona chyba zadecydowała, że nie poszedłem za pokusami do odebrania sobie życia. Wiem, że wiara jest łaską i że za tą łaską jest obecny Bóg, więc Jemu samemu dziękuję, że był ze mną w moim grobie. W tym grobie opuścił mnie też sen, noce upływały na panice i lęku w bezsenności. Do tego beznadziejnego samopoczucia dołączyła się jeszcze fobia społeczna: silny lęk powodujący, że nie można patrzeć na innych. Zatem stawanie przed ludźmi i odprawianie mszy świętej stało się koszmarem. Po mszy św. albo innym wystąpieniu przed ludźmi byłem tak wykończony, że słaniałem się bez sił. Musiałem pójść do psychiatry, potrzebne były leki na depresję. Trwało to wszystko około czterech miesięcy. Dopiero w maju poczułem się naprawdę lepiej. Dopełnieniem tego powracania do życia były lipcowe rekolekcje kapłańskie przeżywane w ciszy i milczeniu. Dzisiaj nie ma już śladu po tamtym stanie samopoczucia: człowieka zamkniętego w grobie. Chciałem to napisać, żeby wszystkim powiedzieć, że z grobu jest wyjście i że tym wyjściem jest Jezus Chrystus.

Moje świadectwo nie byłoby jednak do końca prawdziwe, gdybym nie wspomniał, że przyczyną tej ciężkiej depresji nie była krzywda doznana w dzieciństwie, ale moje uwikłania w grzechy popełniane w dorosłości. Moje osłabione przez dzieciństwo uczucia zareagowały tak gwałtownie na mój brak szacunku do samego siebie, na powtarzane grzechy. Pisałem już że wychodząc z tego grobu śmierci musiałem brać leki antydepresyjne, ale w tym czasie przede wszystkim powróciłem do szczerej modlitwy, zwłaszcza modlitwy skruchy serca i modlitwy przebaczenia. Jestem przekonany, że psychiatra wprawdzie był konieczny, ale to była tylko pomoc na drodze do zdrowia, bo prawdziwe zdrowie dał mi Chrystus. Lekarz mnie leczył dając konieczne tabletki, ale to Jezus mnie uzdrawiał wprowadzając w konieczne nawrócenie. Moje słabe nawracanie się Bóg wzmacniał w każdej Eucharystii, Spowiedzi, adoracji, medytacji i tylko dzięki tym Bożym pokarmom nie zatrzymałem się, ale nadal idę i nawracam się.   

Kilka lat temu przeszedłem przez terapię dla dorosłych dzieci alkoholików. Prowadzący terapeuta, który też pochodził  z rodziny alkoholowej, mówił nam, że on już nie jest DDA (Dorosłym Dzieckiem Alkoholika), ponieważ tą swoją przeszłość uporządkował i zostawił za sobą. Ja jednak, po moich osobistych doświadczeniach minionych lat muszę stwierdzić, że nadal jestem DDA. Pomimo już wielu lat intensywnej pracy nad sobą i uzyskanej w tym temacie większej świadomości i osobistej wolności, nadal jestem DDA. Bycie DDA pozostanie już ze mną aż do śmierci, ale to nie oznacza, że musi być śmiercią. Kolejne pojawiające się kryzysy i obecność Jezusa wyciągającego mnie wówczas z grobu, jest najlepszym dowodem, że bycie DDA może być sposobem na przemienienie w Chrystusie, a przecież to jest naszym celem i pragnieniem. Chciałem więc wypowiedzieć Panu Bogu ogromną wdzięczność, za moją tożsamość. Dziękuję dobremu Bogu za to, że jestem kapłanem katolickim i za to, że jestem dorosłym dzieckiem alkoholika. Bogu niech będą dzięki!


wróć do świadectw...>>

linia
hedley 2009