Dotyk miłości
W kaplicy szpitalnej, skromnej, ale przytulnej zazwyczaj jest mnóstwo kwiatów. Przynoszą je sami pacjenci, ale też osoby ich odwiedzające. Ponieważ najbliżej znajduje się oddział noworodków najczęściej trafiają tu szczęśliwe matki, ojcowie, dziadkowie, ale zdarza się, że i całe rodziny. Kwiaty kładą zazwyczaj przed ołtarzem lub pozostawiają przy naturalnych rozmiarów figurze Matki Bożej. Oprócz pięknego zwyczaju obdarowywania kwiatami, tu w Hiszpanii, spotykam się z innym, równie pięknym, choć na początku zupełnie nowym i niezrozumiałym dla mnie, zwyczajem dotykania, a nawet przytulania się i całowania miejsc związanych z kultem religijnym np. figur Matki Bożej. Właśnie w tej szpitalnej kaplicy mam okazję podpatrzeć jak dotyk, który jest jednym z języków miłości, naturalnym dla Hiszpanów, pogłębia ich osobistą relację z Bogiem, czyniąc ją pełną czułości i naturalnego piękna. Dla mnie to podpatrywanie staje się szkołą prawdziwej pokory i uczenia się okazywania gestem wielkiej miłości do Boga i Jego Matki.
Sam odczuwam potrzebę nie tylko obdarowywania kwiatami Matki mojego Pana, ale z czasem też pragnienie Jej miłosnego dotyku. Zwłaszcza w miesiącu maju lub mając szczególną intencję kupuję Jej róże i pragnę się Jej dotknąć choć na chwilę. Czynię to na początku bardzo nieśmiało, wtedy, kiedy nikogo nie ma w pobliżu. Modląc się przez Jej wstawiennictwo, przyglądam się Jej uważnie, a Ona patrzy na mnie piękna wśród kwiatów i uśmiecha się delikatnie. Zaczynam też dłonią dotykać Tabernakulum. Ten miłosny gest pozwala mi odczuć bliskość Boga. Podobne doświadczenia bliskiego, miłosnego kontaktu spotykają mnie podczas Eucharystii, ilekroć całuję ołtarz rozpoczynając i kończąc jej sprawowanie lub gdy biorę w dłonie Chrystusa obecnego w kawałku Chleba oraz gdy podnoszę Kielich z Jego Boską Krwią. To dla mnie kolejne odkrycie tajemnicy wcielenia, czyli tego, że żyję w ciele i jak ważne są gesty tego ciała. Fizyczny kontakt poprzez dotyk czy pocałunek, a nawet przyniesione kwiaty lub choćby zapalenie świecy budują moją osobistą relację z Bogiem. Jest mi z tym bardzo dobrze. W kaplicy przy Panu i Jego Matce wielokrotnie odczuwam wielką miłość, radość i wdzięczność, że jestem księdzem.
Naprawdę ważne przychodzi na końcu
Wielokrotnie towarzyszę ludziom w ostatnich chwilach ich życia, kiedy medycyna nie ma już nic do powiedzenia i wszytko „co ludzkie” staje się bezużyteczne. Wtedy mam świadomość wyjątkowego wybrania, bowiem mogę przynieść tym ludziom Samego Boga, który na różne sposoby daje się człowiekowi, a w tych okolicznościach szpitalnych przychodzi przeważnie w posłudze sakramentalnej. Mam wtedy okazję doświadczyć (wręcz namacalnie), że to, co najważniejsze w ich życiu, przychodzi na samym końcu. Właśnie w obliczu nieuchronnie zbliżającej się śmierci wszystko to, co drugorzędne traci znaczenie.
Dziś jestem świadkiem, gdy odchodzi jeden ze współmałżonków. Widzę, jak w chwili rozstania ogromny ból rozdziera serce pełne miłości osobie, której Pan jeszcze nie wezwał do Siebie. Choć wiem (i te osoby też to wiedzą), że ta rozłąka się skończy i wkrótce znowu się spotkają w wieczności, mimo to przeżywają moment prawdziwego ogołocenia, sprawiający wrażenie trwania w jakimś obłędzie.
W sytuacji takiej jak ta, zastanawiam się nad godziną własnej śmierci. Dziękuję Bogu, że chciał mnie księdzem, bo myślę sobie, że łatwiej mi będzie opuszczać ten świat, kiedy będę miał świadomość, że to przejście do wieczności to nie będzie rozstanie z ukochaną osobą, do której należy moje serce, ale prawdziwe z nią zjednoczenie. Mam nadzieję, że będzie to najpiękniejsza chwila mojego kapłańskiego życia, której towarzyszyć będzie radość, spokój i nieopisane szczęście.
A wracając myślami to małżonków, którzy dziś musieli się rozstać ze sobą. Jak zwykle otaczam ich modlitwą. Udając się do swojego pokoju po drodze mijam kaplicę, która staje się miejscem mojej modlitwy za nich. Tutaj trwam na kolanach przed Tabernakulum, aby choć w krótkiej modlitwie oddać brzemię Jezusowi Chrystusowi. Za tych, których przyszło mi „odprawić” w drogę do wieczności modlę się słowami: „W ręce Twoje Panie powierzam ducha”… Bogu oddaję też tych, którzy pozostali i cierpią na skutek rozłąki. Proszę, aby dobry Bóg dał im pocieszenie i pokazał jak dalej żyć. Błagam również za siebie o siłę nie tylko tą duchową, ale też i fizyczną. Muszę przecież jakoś zasnąć i odpocząć, bo w ciągu dnia mam wykłady na uniwersytecie. Potem wracam już prosto do pokoju i kładę się spać. Czuję wielką radość i wdzięczność za to, że jestem księdzem.
Koloratka
Znakiem rozpoznawczym księdza w szpitalu jest identyfikator z napisem „kapelan” przypinany do szpitalnego fartucha. Pomyślałem sobie o tych chorych, zwłaszcza starszych, którzy mają problem ze wzrokiem i sprawia im trudność czytanie. Aby każdy, kto przebywa na terenie szpitala mógł bez trudu rozpoznać we mnie księdza postanowiłem zawsze nosić koloratkę. Nie rozstaję się więc z nią i mam okazję obserwować przeróżne reakcje ludzi, których spotykam w pokojach lub na korytarzach.
Jedni wzruszeni z niedowierzaniem pytają mnie czy na pewno jestem księdzem diecezjalnym? Naprawdę niedowierzają. Często mówią, że w koloratce to dziś można spotkać jedynie księży z „Opus Dei” lub niektórych zakonników. Inni nic nie mówią, przechodzą bez słowa, choć widzę po ich twarzach, że mój widok napawa ich niepokojem, może budzi sumienie dawno zagłuszone sprawami tego świata lub rodzi skojarzenie, że gdzie ksiądz, tam śmierć. Są więc tacy, którzy spotykając mnie cieszą się na mój widok, zapraszają, abym odwiedził ich lub im najbliższych, jak i ci, którzy na moją obecność w szpitalu reagują niepokojem, buntem, prawie agresją. Cieszę się z jednych i drugich. Nie żałuję, że niemalże jedyny wśród kapelanów noszę na co dzień koloratkę. Niekiedy wydaje się, że ten zwyczajny, biały kawałek paska pod szyją, nie ma większego znaczenia, gdy tymczasem tu, w szpitalu przekonuję się, że jest inaczej. Tylko sam Pan Bóg wie, ilu ludzi rozpoznając we mnie księdza (właśnie dzięki noszonej koloratce) kieruje myśli ku Niemu Samemu, a kto wie, może właśnie ta koloratka – symbol związany z kapłaństwem, jest pierwszym krokiem na drodze ich nawrócenia. Korzystam z przywileju noszenia jej, aby dać świadectwo, że jestem księdzem. Bo bycie nim to dla mnie wielka radość i nieustanna wdzięczność wobec Pana Boga.
Wystarczy ci mojej łaski
Po raz kolejny trudny przypadek, po ludzku nazywany beznadziejnym. Znowu jestem wezwany pilnie, tym razem bezpośrednio na salę operacyjną. Właśnie trwa zabieg, choć jego wynik (zdaniem lekarzy) jest przesądzony. Sytuacja w trakcie operowania się na tyle komplikuje, że pacjent nie ma szans na przeżycie i jestem tu wezwany po to, aby zdążyć udzielić mu przed zgonem sakramentów świętych. Widok jest makabryczny, pacjent na stole operacyjnym, wokół mnóstwo krwi. Jako ksiądz nie jestem przyzwyczajony, aby w takiej sytuacji udzielać rozgrzeszenia i namaszczać. Jako ksiądz nie mogę też uciec, stchórzyć ani się rozkleić, zwłaszcza, że lekarze oczekują ode mnie - kapelana profesjonalizmu. Z trudem zachowuję tzw. „zimną krew”, opanowuję emocje, staram się być spokojny. Przypominam sobie słowa Chrystusa: Wystarczy Ci mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali. Jakże one są w tym momencie żywe i aktualne, bowiem czuję przypływ łaski i robię to, co do mnie należy…
Innym razem pielęgniarka wzywa mnie w środku nocy do zmarłego. Prowadzi na miejsce, wskazuje pokój, w którym mam się pomodlić i odchodzi. Jakie jest moje zdziwienie, kiedy okazuje się, że w tym pokoju jestem „sam na sam” ze zmarłym. Przeważnie przy zmarłym czuwa rodzina, a tym razem nikogo. Serce zaczyna mi bić szybciej, czuję, że po ludzku okoliczności mnie przerastają. Znowu przypominają mi się słowa Chrystusa: Wystarczy Ci mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali, które po raz kolejny sprawiają, że nie tylko „nie tracę głowy”, ale że odczuwam wdzięczność dla Pana Boga za to, że jestem księdzem.
Kochać prawdziwie
Dzwoni telefon. Proszę przyjść, bo właśnie nastąpiła śmierć pacjenta - słyszę. Biegnę na miejsce, a tu okazuje się, że zgon miał miejsce już jakiś czas temu. Odmawiam modlitwy w intencji zmarłej osoby, zwłaszcza, że zastaję zgromadzoną przy łóżku rodzinę. W końcu z wielką delikatnością (z uwagi na okoliczności) pytam bliskich jak długo ich krewny przebywał w szpitalu, jak długo chorował. Odpowiedź podobna do tej, którą słyszę często, a zazwyczaj słyszę: tydzień, dwa… Zastanawiam się po raz kolejny, jak to się dzieje, że rodzina czyni tyle starań wobec chorego: odwiedza go, telefonuje, martwi się, współczuje, próbuje umożliwić dostęp do najlepszych specjalistów, do najnowocześniejszego sprzętu medycznego, potrafi wystarać się o najwłaściwsze leki itp., a w tym wszystkim zapomina o tym, co najważniejsze, o dostępie chorego do łaski sakramentów świętych. To tak jakby zapominała, że człowiek to nie tylko ciało, ale też dusza nieśmiertelna. Jak łatwo dziś zapominamy o celu ostatecznym, do którego wszyscy zdążamy. Niestety w tym przypadku też już jest za późno, aby zatroszczyć się o zdrowie duszy. To bolesne, ale myślę sobie mimo wszystko, że najbliżsi kochali za mało. Wracam do mojego pokoju, ale po drodze wchodzę do kaplicy. Klękam na chwilę modlitwy, aby przedstawić Panu duszę zmarłej osoby. Rozmyślam nad tym, że rację miał ks. Jan Twardowski pisząc: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Dodaję po cichu, od siebie: śpieszmy się kochać ludzi, naprawdę ich kochać. Mimo tych trudnych i bolesnych przeżyć minionego dnia, cieszę się, że Pan Bóg chciał mnie księdzem.
Będzie to piękne spotkanie
Proszę księdza – tylko proszę nic nie mówić... Po raz kolejny spotykam się z naciskami rodziny, która z jednej strony prosi, abym pomodlił się za chorego, a z drugiej mam mu nie mówić po co przyszedłem, żeby ich chory, umierający, często już nieprzytomny krewny się nie wystraszył. Zastanawiam się, czego lub kogo ma się nie wystraszyć? Myślę jednak, że nie o moją osobę tu chodzi, ale o sakrament Namaszczenia Chorych, który mam odprawić, a który dla wielu wciąż jest kojarzony z ostatnim sakramentem. Jak wielu ludzi traktuje mnie tak, jakbym był magiem, czarodziejem, który sprawi, że natychmiast stanie się cud. Przecież Bóg jest dawcą życia i jeśli On zawoła człowieka po imieniu: Chodź, już czas… to żaden kapłan nic tu nie zmieni. Choć faktycznie sakrament Namaszczenia Chorych często tu, w szpitalu bywa ostatnim sakramentem to przecież od niego się nie umiera, on niesie zdrowie, daje życie. Znowu myślę, dlaczego ludzie tak panicznie boją się umierania? Dlaczego tak trudno im mówić o śmierci, nawet wtedy, kiedy zbliża się „dużymi krokami”? Jak mogą bać się prawdy, która wyzwala? Oszukują samych siebie myśląc, że jak nie będą o niej mówić, to ona nie nadejdzie. Wszystko ze strachu przed spotkaniem. Jest mi smutno z powodu tych, którzy tak lękają się tego spotkania, a nawet mówienia o nim. Żal mi ich, bo w głębi serca jestem przekonany, że będzie to najpiękniejsze spotkanie… Jestem szczęśliwy i wdzięczny Bogu za to, że jestem księdzem.
Kiedy znika czas i zakrzywia się przestrzeń
Nadszedł dzień mojego wyjazdu z Pampeluny. Przychodzę, aby pożegnać się z moim szpitalem, bo tak go nazywam. Jest mi trudno, bo spędziłem tu wśród chorych, kawałek mojego kapłańskiego życia. Ale trud rozstania dotyczy nie tylko osób, które muszę pozostawić, ale też miejsc, do których przywykłem, które kojarzą mi się za każdym razem z sytuacją konkretnego człowieka, do którego byłem wzywany. Tutaj każdy zaułek, każda część korytarza, każdy pokój, prawie że każda cegła wiąże się z jakimś potrzebującym, z jego cierpieniem, krzyżem, który dźwiga. Te spotkania z przeróżnymi osobami są dla mnie okazją do spotkania z Bogiem, ale też momentami, kiedy mogę być dla innych „kanałem” Jego łaski. Wszystko to, z czym przyszło mi się dziś żegnać, uświęcone jest cierpieniem ludzi i ich wołaniem do Boga. Dlatego też chcę je na trwałe zachować w swojej pamięci, a przede wszystkim pragnę, aby na stałe wyryły się w moim sercu. Postanawiam więc jeszcze raz obejść cały szpital i duży park przyszpitalny. Dotykam prawie wszystkiego: ścian, windy, a nawet trawy, przypominając sobie wszystko, czego tu byłem świadkiem. Doświadczam czegoś, co na nazywam na własny użytek „błogosławionym bólem wcielenia” czyli doświadczam bardzo bliskiej relacji z ludźmi i miejscami, relacji, co do której nie mam wątpliwości, że będzie trwała zawsze, bez względu na to, gdzie Bóg mnie pośle. Wszystko staje mi nagle przed oczami, ożywa, mogę bez problemu uczestniczyć niejako na nowo w tym, co w rzeczywistości jest już przeszłością. Nie mam wątpliwości, że część mnie (mojego serca, myśli, uczuć) zostawiam bezpowrotnie tu, w Pampelunie. Mimo to opuszczam mój szpital w poczuciu ogromnej wdzięczności dla Boga, że zapragnął, abym był księdzem.
przeczytaj część I ...>> |