„Bo jak śmierć potężna jest miłość”
Jest na pewno po północy, myślę, że około godziny drugiej. Dzwoni telefon komórkowy. Zrywam się na nogi. Podnoszę słuchawkę. Jak zwykle padają rutynowe informacje: nazwa pawilonu, numer pokoju, płeć, stan chorego… Ruszam na wskazane miejsce. W pokoju zastaję starszego mężczyznę, około siedemdziesięcioletniego, który leży zupełnie sam. Jest świadomy, nawet nie w tak ciężkim stanie. Po krótkiej rozmowie orientuję się, że doskwiera mu samotność. On zaś twierdzi, że nie chce żyć, że tej nocy umrze. Prosi o sakramenty: Spowiedzi i Namaszczenia Chorych, więc go spowiadam, namaszczam, modlimy się, rozmawiamy. W końcu obiecuję mu, że wrócę rano i udaję się do swojego szpitalnego pokoju.
Wracam po kilku godzinach, jak obiecałem. Na miejsce idę zaniepokojony, zastanawiając się nad jego losem. Pukam do drzwi, otwieram je i co widzę? Ten sam człowiek siedzi na swoim łóżku, ale zupełnie odmieniony: rozpromieniony, radosny. Nie jest jednak sam. Towarzyszy mu jego małżonka, która siedzi obok, trzymając go za rękę. Wpatrzeni w siebie… Nie ma już mowy o śmierci ani miejsca na smutek. Wróciło życie i radość… Udaję się do mojego małego pokoju z uczuciem głębokiej wdzięczności dla Pana Boga i z wielką radością bycia księdzem. „Bo jak śmierć potężna jest miłość”.
Łaska szkaplerza
Inna noc. Znowu dźwięk dyżurnego telefonu stawia mnie na nogi. Tym razem wzywają mnie do starszej, umierającej kobiety. Prawie biegiem zjawiam się na miejscu. Pochylam się nad chorą i mówię jej głośno do ucha: jestem księdzem, jeśli mnie słyszysz żałuj za grzechy, udzielę ci rozgrzeszenia i Namaszczenia Chorych. Czynię to. Dosłownie chwilę potem kobieta spokojnie odchodzi. Odmawiam jeszcze Wieczny odpoczynek razem ze zgromadzoną licznie wokół rodziną, a następnie zwracam się do nich ze słowami pocieszenia, że to wielka łaska od Pana Boga, że ich krewna w taki sposób umarła. Proszę księdza – słyszę od jej dzieci – to nic dziwnego, ponieważ nasza mama całe życie nosiła szkaplerz, a przecież Matka Boska obiecała, że ci, którzy go noszą nie umrą bez łaski sakramentów świętych… Nie pamiętam już, jaki to był dzień tygodnia, ale nie ma to przecież większego znaczenia, gdyż zgodnie z obietnicą Matki Bożej w najbliższą sobotę ta pani miała najpóźniej przejść do nieba.
Udaję się do mojego szpitalnego pokoju. Znowu czuję ogromną wdzięczność dla Pana Boga i wielką radość z bycia księdzem.
Złamane serce
Wyrwany ze snu dźwiękiem dyżurnego telefonu, podnoszę słuchawkę w środku nocy. Tym razem po drugiej stronie słyszę wzruszony głos ordynatora Oddziału Intensywnej Terapii. Prosi mnie, abym jak najszybciej przyszedł do młodej kobiety, która za chwilę ma zostać odłączona od aparatury podtrzymującej ją przy życiu. Biegnę, aby udzielić jej sakramentu Namaszczenia Chorych. Kiedy zjawiam się na miejscu, z trudem podchodzę do łóżka, gdyż na drodze staje mi mnóstwo urządzeń, monitorów, przewodów itp. Dostrzegam piękną, atrakcyjną, może dwudziestoletnią dziewczynę, choć o nieco nienaturalnie spuchniętej twarzy, ubraną w kołnierz. Nachylam się nad jej uchem, by wypowiedzieć znane mi dobrze i często powtarzane słowa: jestem księdzem, jeśli mnie słyszysz żałuj za grzechy, udzielę ci rozgrzeszenia i Namaszczenia Chorych. Czynię, co do mnie należy. Przez cały czas towarzyszy mi lekarz ordynator, którego pytam w końcu o przyczynę losu tej dziewczyny. Opowiada mi, że przeżyła ona zawód miłosny, który załamał ją i odebrał chęć do życia. Jej złamane serce nie wytrzymało. Wyskoczyła ona z okna, uderzyła głową w ziemię, złamała kręgosłup, a w wyniku tych obrażeń nastąpiła śmierć mózgowa. Z trudem powstrzymuję łzy wzruszenia, lekarz zresztą też. Błogosławię ją jeszcze na drogę i wracam do mojego szpitalnego pokoju. Tej nocy nie udaje mi się jednak zasnąć. Pomimo tego, po raz kolejny czuję ogromną wdzięczność dla Pana Boga i wielką radość z bycia księdzem.
Korytarz modlitwy
Dwa duże szpitale w Pampelunie: Hospital de Navarra i Hospital Virgen Del Camino, w których pełnię służbę jako kapelan, położone są bardzo blisko siebie. Dzieli je jedynie ulica, ale łączą podziemne przejścia, korytarze, o łącznej długości około kilometra, które usprawniają komunikację pomiędzy budynkami. Często korzystam z tego udogodnienia, kiedy wzywany jestem do nagłych przypadków wśród chorych…
Jak zwykle noc, jak zwykle dzwoni telefon, jak zwykle podają dane osoby, do której mam się udać, jak zwykle nakładam biały, szpitalny fartuch i jak zwykle w pośpiechu, z olejami świętymi i rytuałem sakramentu Namaszczenia Chorych opuszczam swój szpitalny pokój. Kieruję się do windy, mijam jeden korytarz, potem drugi, następnie wsiadam do kolejnej windy by znaleźć się w korytarzu modlitwy (bo tak go nazywam). Dlaczego tak go nazywam? Otóż nie sposób w nim nie zwracać się do Pana. Zdaje mi się, że jestem tam „sam na sam” z Nim, gdyż biegnę do chorego najczęściej w środku nocy, kiedy jest zupełnie pusto, cicho, bowiem najwięcej osób umiera (nie wiedząc czemu) około godziny drugiej lub trzeciej nad ranem. Jest to dla mnie miejsce modlitwy, gdyż prowadzi mnie on do osoby, która potrzebuje duchowej pomocy - umiera bądź dopiero co umarła, więc nie sposób idąc z tak ważną misją, nie ściskać różańca w jej intencji i z potrzeby serca, napięcia chwili, niekiedy strachu - żarliwie się modlić. Jest to również miejsce modlitwy, gdyż wielokrotnie czynię tu rachunek sumienia, zwłaszcza (niejako automatycznie) powracając od osób, które dopiero co odeszły do wieczności, a którym mogę towarzyszyć udzielając sakramentów świętych i błogosławiąc na drogę. Korytarz modlitwy, którym przemierzam wielokrotnie jest też dla mnie miejscem, gdzie czuję głęboką wdzięczność dla Pana Boga i wielką radość z bycia księdzem.
Dwie obrączki
Dzwoni dyżurny telefon. Po raz kolejny budzi mnie w środku nocy, aby przypomnieć dlaczego tu jestem. Jak zwykle zapisuję: pawilon, numer pokoju, stan chorego, do którego udaję się natychmiast, prawie biegiem. Na miejscu zastaję starszego mężczyznę, a wokół niego zgromadzoną rodzinę. Obok, najbliżej dostrzegam żonę, która trzyma go za rękę, głaszcze po głowie i szepcze coś do ucha. Mężczyzna na mój widok nieco się ożywia. Na chwilę wracają mu siły, co najdziwniejsze zaczyna odpowiadać na moje pytania, wprawiając w zdumienie najbliższych, którzy do tej pory nie mieli z nim zbyt dużego kontaktu. Prosi mnie o spowiedź. Zostajemy sami w pokoju. Potem proszę rodzinę ponownie do środka i przystępuję do sprawowania obrzędu sakramentu Namaszczenia Chorych. Tuż po zakończeniu modlitwy, po upływie zaledwie minuty („z zegarkiem w ręku”) chory oddaje kilka szarpanych oddechów i odchodzi. Jesteśmy tego świadkami. Wpatrzeni w monitor wskazujący bicie serca stojący przy łóżku chorego, dostrzegamy płaski wykres, który potwierdza jego zgon. Patrzę na jego żonę, która mimo ogromnego bólu ze spokojem i wielką miłością całuje męża, bierze go za rękę, zdejmuje obrączkę ślubną z jego palca i wzruszeniem nakłada na swój palec tuż obok tej, którą sama kiedyś otrzymała od swojego ukochanego. Łza kręci mi się w oku widząc wspaniałe świadectwo wiary i głębię pięknej miłości małżeńskiej. Nie pozostaje mi nic innego, jak wrócić do swojego szpitalnego pokoju. Tym razem po raz kolejny w moim życiu czuję wdzięczność dla Pana Boga i wielką radość z bycia księdzem.
Niosący Chrystusa
Moja posługa wśród chorych to nie tylko nagłe wezwania do umierających, ale również poranne odwiedziny wśród tych lżej chorych, którzy proszą o Komunię Świętą. Codziennie między siódmą a ósmą rano z „jedynym w swoim rodzaju” przeżyciem przechadzam się po korytarzach z Jezusem Chrystusem. Tak naprawdę to Jezus Chrystus przechadza się ze mną, pozwalając się w kawałku Chleba nieść potrzebującym. Zawsze wcześniej rozmawiamy z chorymi, zwłaszcza nowoprzyjętymi, pytając między innymi o to, czy pragną, aby kapłan przynosił im do pokoju Komunię Świętą. Przypomina mi się wtedy św. Krzysztof, który dostąpił przywileju „dźwigania” na swoich ramionach samego Boga. Za każdym razem czuję się wyjątkowo, nawet wtedy, kiedy trafiam do chorych, których chore ciała wydzielają nieprzyjemny zapach i trudno pohamować torsje. Bóg jednak nie brzydzi się nikogo i przychodzi bardzo chętnie nawet tam, gdzie po ludzku ciężko. Wspaniała sprawa być Christoforos czyli niosącym Chrystusa. I choć wielokrotnie potem biegiem pędzę, by o ósmej sprawować Euchrystię, mimo zmęczenia i pośpiechu znowu (a w zasadzie cały czas) czuję ogromną wdzięczność dla Pana Boga i wielką radość z bycia księdzem. przeczytaj część II ...>> |