Pamiętam jak patrzyłem się na mojego ojca, leżącego w trumnie... Jak powtarzałem sobie po cichu: "Ty nie masz prawa tam leżeć"... Potem wracałem do domu... A dom był pusty... Mogło by wejść do niego tysiąc ludzi, a i tak byłby pusty dalej... Wracam z pogrzebu ojca. Rzucam na wieszak sutannę. Wydaje mi się, że waży tony. Przed snem próbuję się modlić. Próbuję... Wiem, że mi nie wyjdzie. Ktoś zatrzasnął drzwi. Wiem, że On jest za nimi, że wystarczy nacisnąc klamkę... Nie mam sił. Czuję strach, gniew, niemoc. Mam pretensje... "Ty teraz masz mojego ojca przy sobie, a ja"? Tego wieczoru zasnę bez pochwalnych hymnów na cześć Stwórcy. Jak się okaże wkrótce, nie będzie miał Najwyższy o to pretensji... Pozostał za drzwiami, a ja wiem dzisiaj, że dobrze zrobił, dobrze, że ich wtedy nie otworzył... Zasypiałem z cholernie prawdziwym do bólu pytaniem na ustach... Pytaniem: "Co dalej"... Kiedy stawiam Bogu te pytania, nie otrzymuję odpowiedzi. Lecz to dość szczególny brak odpowiedzi. Już nie zamknięte drzwi. Raczej milczące, z pewnością nie pozbawione współczucia spojrzenie. Tak jakby On nie potrząsał głową w odmowie, lecz uchylał pytanie. Jakby mówił: "Spokojnie dziecko. Ty nie rozumiesz"... (C. S. Lewis) Nie rozumiem po dzień dzisiejszy.
Ale też wiem, że nie wszystko trzeba rozumieć...
Wystarczy przyjąć...
Wtedy drzwi otwierają się same... |
|