Pamiętam wieczór, w którym przywdziałem płaszcz Jej opieki. Po powrocie do seminarium, na wieczornym nabożeństwie, czułem się taki wybrany i taki Jej... wpatrując się w obraz Królowej Nieba w kaplicy seminaryjnej byłem po prostu jej dzieckiem. Czułości czułościami, a mężczyzna mężczyzną – jest powołany do walki. Długo nie trzeba było czekać, a Bóg potwierdził i to działanie szkaplerza. Pierwszej nocy po przyjęciu szkaplerza przebudziłem się i naraz, w jednym momencie poczułem tak paraliżujący lęk... jakby wszystko co złe uderzało we mnie. Wstrzymałem oddech w połowie i ułamek sekundy byłem jak sparaliżowany. Pierwszym moim odruchem (po czasie sam się trochę zdziwiłem) było natychmiastowe chwycenie za szkaplerz. W tej samej chwili zapanował pokój. Oddech powrócił. Puściłem szkaplerz. Zasnąłem. Wszystko trwało dosłownie ułamki sekund. Było to tak gwałtowne, że zapamiętałem to bardzo wyraźnie. Odczytałem to jednoznacznie – Maryja jest ze mną i chroni mnie. Od momentu święceń jestem Jej szczególnie umiłowanym Synem – TAK, JAK JEZUS. Umacniała Apostołów i pokrzepiała ich w oczekiwaniu na Ducha Świętego i w późniejszym czasie. Podobnie czyni wobec kapłanów, którzy czasem bardziej od Dwunastu potrzebują Jej otuchy. Nie bez znaczenia jest też odmawiany od wielu lat codziennie różaniec. Nie jest prawdą, że ksiądz nie ma czasu na tę modlitwę. Nie zawsze pewnie będzie ona szczytem kontemplacji, ale zawsze przywoła obecność Maryi Niepokalanej w planie dnia. Przekonuję się, że Jej wstawiennictwo jest nieocenione w posłudze uzdrowienia wewnętrznego i uwalniania z mocy zła. Październik przypomina mi, ale i mobilizuje, do ciągłego upodabniania się do Maryi. Do bycia posłusznym, zasłuchanym, ufnym, odważnym i pewnym jak Ona. To nieustanne dorastanie... jeszcze długa droga przede mną.
|
|