baner_czarny

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

swiadectwa

ks. Kuba

JAK SIĘ MASZ?

Trzy lata temu sięgnąłem dna. Staczając się coraz bardziej w dół przez kolejne etapy tracenia swojej godności i człowieczeństwa stanąłem na krawędzi życia. Bo jak żyć, kiedy wola jest całkowicie sprzeczna z rozumem i żadne argumenty nie docierają? Byłem bliski podjęcia najgorszych z możliwych decyzji. Dlaczego ich nie podjąłem? Pewnie dlatego, że byłem tchórzem. A może był inny powód. Powód który dane mi będzie kiedyś do końca zrozumieć. Znajomy ksiądz zapytał: jak się masz? Patrząc na mnie z boku wydawało się wszystko w jak najlepszym porządku. Wzorowy wikariusz, uwielbiany katecheta, wzięty kaznodzieja, kochany przez młodych i starszych spowiednik i tylko od czasu do czasu ktoś przyłapywał mnie na „byciu daleko stąd” Za zamkniętymi drzwiami mojego mieszkania nie było już żadnej z tych masek. Moje podwójne życie...

Zapytał więc: jak się masz? Zaufałem i powiedziałem  prawdę o sobie. Zrozumiał, pomógł poszukać wyjścia, uporządkować. Rozpocząłem walkę o własne życie. Bez księży nie było to możliwe. Potrzebowałem spowiednika, człowieka który podejmie się wyprowadzania mnie z grzechów, księdza, który zawsze znajdzie dla mnie czas. O tym, jak było ze mną źle niech świadczy fakt, jak wielki lęk odczuwałem i jak wiele razy rezygnowałem z prośby, gdy już brakowało mi tylko tego jednego zdania, pytania. W końcu przełamałem się. To był pierwszy krok. Wiedziałem też, że potrzebuję terapii. Terapia grupowa odpadała, bo nie byłem w stanie ani fizycznie, ani psychicznie  podjąć takiego wyzwania. Rozpoczęło się kolejne szukanie.

Wiem, że te poszukiwania miały ogromne wsparcie z Nieba. A na ziemi miałem już dwóch braci, którzy mobilizowali mnie do owych poszukiwań. Pierwsze podejście było niewypałem i do dnia dzisiejszego czuję niesmak po tamtym spotkaniu. Modlę się za tamtego człowieka, aby nikogo więcej tak nie zranił jak mnie. Tamto spotkanie było jednak bardzo owocne, bo obudziła się we mnie motywacja wtedy jak najbardziej infantylna, ale zawsze udowodnię i wyjdę z tego. Po pierwszych spotkaniach z księdzem, który przez ostatnie lata mnie wyprowadzał na prostą mój entuzjazm opadł: nie dam rady, nie wierzę, że to możliwe.

Odpuściłem. Jednak grupa wsparcia jaka już wtedy dookoła mnie powstała mi nie odpuściła. To nie była łatwa droga. Wszystkiego uczyłem się od nowa, a wielu rzeczy po raz pierwszy. Był czas kiedy mimo terapii wpadałem na przeszkody i nie miałem ochoty się podnosić, była ciemność i nawet nie widziałem przysłowiowego światełka w tunelu, był ból fizyczny i ten o wiele gorszy ból ducha, było budowanie na piasku, oszukiwanie siebie i innych, były łzy i nawet polała się krew.

Bez wsparcia braci kapłanów i innych dobrych ludzi nie przeszedłbym przez to wszystko. Mija prawie 3 lata od czasu jak rozpocząłem terapię. Jestem teraz innym człowiekiem. Ale jestem przede wszystkim człowiekiem. Jestem. Dobrze jest być. Niedawno odwiedziłem parafię, w której pracowałem w czasie największej ciemności i ktoś mi powiedział: ksiądz jest innym człowiekiem, od księdza bije światło, ono było, ale jakieś przytłumione, a teraz naprawdę świeci. Tak, wyszedłem na prostą. Byłem bliski zmarnowania swojego życia i powołania, jakim Pan mnie obdarował. Dla Boga nie ma „niemożliwe”.

 

linia
hedley 2009