Bardzo poważnie potraktowałem postawienie w centrum tego Roku postaci proboszcza z Ars, Jana Marii Vianneya. Choć niektórzy mieli wątpliwości, czy to rzeczywiście dobry patron dla kapłanów na dzisiejsze, postnowoczesne czasy. W gruncie rzeczy też mógłbym mieć takie wątpliwości, skoro nigdy nie pracowałem w parafii, w początkach Roku Kapłańskiego byłem jeszcze prowincjałem, a jego zakończenie przeżyłem jako wykładowca Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. Cóż w tej sytuacji może mi powiedzieć proboszcz małej, wiejskiej parafii? A jednak świadectwo Jana M. Vianneya przemówiło do mnie. Poczułem się wezwany do „tracenia czasu” w pokornej obecności przez Bogiem. Ważne sprawy prowincjalskie, kierowanie cząstką dużego zakonu, a potem wykłady na prestiżowym uniwersytecie, pisanie artykułów, udzielania się w mediach – cała ta intensywna działalność może przysłonić to, co najważniejsze. Po raz kolejny przypomniałem sobie kapitalne słowa Jana Pawła II z „Novo millennio ineunte”: „Nie, nie zbawi nas żadna formuła, ale konkretna Osoba, oraz pewność, jaką Ona nas napełnia: Ja jestem z wami!”. Bez tego doświadczenia życie kapłana, zakonnika traci smak, staje się jałowe. Z coraz większą ostrością zdajesz sobie sprawę z niebezpieczeństwa przykrywania działaniem wewnętrznej pustki. Rok Kapłański był dla mnie w tym kontekście ostrzeżeniem i obietnicą. Ostrzeżeniem zagubienia kapłańskiej tożsamości w neurotycznym aktywizmie. I obietnicą kontemplowania oblicza Jezusa, która to obietnica wciąż jest we mnie żywa. Bogu dziękuję, że mogłem uczestniczyć w uroczystościach zakończenia Roku Kapłańskiego w Rzymie. To było wielkie świętowanie kapłanów z całego świata. Msza św. na Placu św. Piotra koncelebrowana z Benedyktem XVI przez 15 tys. księży pozostanie dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Poczułem się z „kapłańskiego rodu”. Poczułem ewangeliczną, nie pyszałkowatą, dumę z bycia kapłanem Kościoła katolickiego. Poczułem się na swoim miejscu w świecie jako kapłan jezuita.
|
|