baner_czarny

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

swiadectwa

ks. Adam Dybek

ZBYT MARYJNY?

Jeszcze dwa, trzy lata temu, gdyby ktoś powiedział mi, że wzniosę do góry w modlitwie ręce, jak Mojżesz, albo „zatańczę” radośnie przed „Arką Przymierza”, jak Dawid, to stuknąłbym się tylko w czoło z politowaniem. Tymczasem niezbadane są drogi Pana przygotowane dla tych, którzy pozwalają się prowadzić Jego Duchowi.

W moim dotychczasowym życiu kapłańskim bezsprzecznie dominowała głęboka pobożność maryjna, jednym słowem Totus Tuus, na wzór Jana Pawła II. Byłem nią „naznaczony” od samego początku: ochrzczony w kościele pod wezwaniem Nawiedzenia N.M.P, w dniu w którym obchodzone jest wspomnienie Joachima i Anny (rodziców Najświętszej Dziewicy). Tego samego dnia oddany przez rodziców w opiekę Maryi, przed Jej  cudownym wizerunkiem (Eleusa).

Wyświęcony na kapłana w katedrze pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia N.M.P w dniu 13 VI, a więc maryjnym, 13 dniu miesiąca. I wiele, wiele innych, tym podobnych zbieżności. Zresztą całe swoje życie oddałem Niepokalanej... I tak przez kilkanaście lat w kapłaństwie, aż pojawiło się pytanie, które kiedyś zadał sobie także mój wielki dobroczyńca, Jan Paweł II: „Czy przypadkiem ta pobożność maryjna nie jest zbyt intensywna.” On odpowiedział na to pytanie negatywnie. Ja natomiast czekałem na „namacalne” potwierdzenie w moim życiu zdania wyczytanego w „Traktacie o prawdziwym nabożeństwie do N.M.P”: „Kiedy wołasz Maryja, Ona jak echo odpowiada Bóg.”

No i doczekałem się.W czasie mojej choroby na białaczkę, przeszczepu szpiku, umierania i powrotu na ziemię oraz długiej rekonwalescencji, zakochałem się bezgranicznie w Jezusie, do tego stopnia, że mogłem powtórzyć za św. Pawłem, z głębi serca: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.” A także: (Gal 2,20) „Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim” (Flp 3,8-9). 

Mniej więcej dwa lata temu zaczęło dudnić mi w głowie i sercu zdanie Jezusa: „A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem.” (J 14, 26). Zrozumiałem wtedy, że Oblubienica Ducha Świętego, Kecharitomene, prowadzi mnie subtelnie, bez naciskania, a więc w typowym dla Niej stylu, do swojego Oblubieńca. „Przypadkiem” dowiedziałem się o rekolekcjach kapłańskich w Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej (!) ... no i stało się, pojechałem.
Po przeżyciu tych niezapomnianych rekolekcjach, prowadzonych przez Bożych kapłanów, nasuwa mi się jedno określenie, którym najlepiej mógłbym opisać ten czas: Boża radość i pokój. Ojcowie Enrico i Antonello spotykają się na co dzień w swojej posłudze najuboższym z cierpieniem, biedą, głodem, czasami nienawiścią, a mimo to promieniują radością i pokojem, zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od nich uzasadnienia tej nadziei, która w nich jest. (por. 1Pt  3, 15).

Bóg zapłać organizatorom za tę ucztę duchową oraz braciom w kapłaństwie za wspólną modlitwę!


wróć do świadectw...>>

linia
hedley 2009