Po przeczytaniu pierwszego wydania książki „Jezus żyje” o. Emiliena Tardifa, zapragnąłem przeżyć chrzest w Duchu Świętym. Wraz z kilkoma osobami ze wspólnoty uczestniczyliśmy w Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym zorganizowanym przez grupę modlitewną Misja. Modlitwy o uzdrowienie i wylanie Ducha Świętego odbywały się w ciągu jednego weekendu, w Jastrzębiej Górze. Z niecierpliwością oczekiwałem na modlitwę o chrzest w Duchu Świętym. Powiedziano nam, że możemy prosić o konkretne charyzmaty. Ja prosiłem tylko o jeden. Osoby, które odczuły, że wcześniej wypowiedziane słowa proroctwa dotyczą ich – miały wyjść do przodu. Po chwili podeszły do mnie dwie, może trzy osoby i zaczęły modlić się ze mną. W pewnym momencie język zaczął mi się plątać i zdałem sobie sprawę, że uwielbiam Boga darem języków. Z taką intensywnością modliłem się w językach, że nasz duszpasterz podszedł do mnie i powiedział: – Sławku, spokojnie! Wtedy to powiedziałem w sercu: – Panie, skoro jesteś, to nie chcę robić nic innego, jak tylko służyć Tobie! Było to rzeczywiste „zanurzenie” w Duchu Świętym. Wszystko to działo się 9 listopada 1991 r. Ten rok był dla mnie prawdziwym „rokiem łaski od Pana”. Ale choć zostałem w Nim zanurzony, nie oznacza, że taki pozostałem… Do akcji wkracza św. Ignacy Po kilku miesiącach, już po maturze, zdecydowałem się wstąpić do seminarium diecezjalnego w Gdańsku. Złożyłem tam dokumenty i pojechałem… na rekolekcje ignacjańskie do sióstr karmelitanek w Gdyni-Orłowie. Tam zachwyciłem się duchowością św. Ignacego, zapragnąłem nią żyć i dzielić się z innymi. Podjąłem więc wybór według poruszeń mojego serca, z zastosowaniem reguł rozeznawania duchów i postanowiłem, nikomu nic nie mówiąc, zabrać moje dokumenty z seminarium i zgłosić się do… jezuitów. Dziś sam jestem odpowiedzialny za przyjmowanie kandydatów do zakonu, więc dziwię się, że zostałem tak szybko przyjęty. Jako duszpasterz powołaniowy byłbym bardziej ostrożny w przypadku tak „zmiennej” osoby. Choć wtedy nie było we mnie ani cienia niezdecydowania. Było natomiast pragnienie większego oddania się Jezusowi, które odkryłem na modlitwie. Wstępując do nowicjatu, zostawiałem moją wspólnotę, grupę modlitewną i niestety także modlitwę uwielbienia, która tak mnie budowała. Wykoncypowałem, że aby być dobrym nowicjuszem, muszę być we wszystkim posłuszny przełożonym, przestrzegać gorliwie wszystkiego, co jest mi nakazane i nie „wychylać się” ze swoimi doświadczeniami charyzmatycznymi. A gdy z nowicjatu odeszło dwóch nowicjuszy, którzy mieli podobne doświadczenia, zalękniony uznałem, że nie ma potrzeby zajmować się Duchem Świętym w taki sposób. Okazało się jednak, że jest we mnie bardzo duże napięcie wewnętrzne, którego nie rozumiałem. Objawem tego były m.in. silne zawroty głowy, które pojawiły się w nowicjacie i których źródła, mimo obserwacji szpitalnej, nie udało się ustalić. Co prawda Duch Święty powiewał mocno, co jakiś czas przypominając mi o moim doświadczeniu, ale ja nigdy na dłużej nie byłem w stanie pozwolić temu płomieniowi płonąć, więc po jakimś czasie przygasł. Będziesz innych uczył modlitwy Po skończeniu nowicjatu pojechałem na studia filozoficzne do Krakowa. Z jednej strony odetchnąłem od rytmu nowicjackiego życia, z drugiej jednak – mimo większej swobody – moje serce nie było spokojne. Powróciły zawroty głowy i koniecznością stała się hospitalizacja. Ogarniało mnie przygnębienie i zniechęcenie. Zarazem pojawiało się pragnienie powrotu do moich duchowych przeżyć z czasów przed wstąpieniem do zakonu. Dowiedziałem się, że w Krakowie swoje rekolekcje prowadzi „Wspólnota Błogosławieństw” i postanowiłem się tam udać. Było to 19 marca – w uroczystość św. Józefa. Po Komunii, grupa prowadząca rekolekcje uwielbiała Boga pięknym śpiewem w językach. Po chwili zaczęły się pojawiać słowa poznania w języku francuskim, tłumaczone na język polski. Stałem z tyłu kościoła pod ścianą. W pewnym momencie w sercu usłyszałem takie słowa: – Teraz będzie do ciebie! Serce mi zadrżało i wsłuchiwałem się uważnie w słowa, które zostały przetłumaczone mniej więcej tak: – Jest tu w kościele pewien seminarzysta. Przeżywa trudności, ale Pan go umacnia i w przyszłości będzie on innych uczył modlitwy na wzór św. Józefa. Te słowa były dla mnie wielkim umocnieniem. Podmuch Wichru zdmuchnął popiół zalegający już od paru lat w moim sercu. Jednak po jakimś czasie znowu przestałem „wystawiać się” na kolejne podmuchy. W czasie praktyki duszpasterskiej, którą podjąłem po studiach, mogłem zaangażować się w grupę modlitewną, ale brakowało mi tej ufnej i prostej modlitwy w Duchu Świętym i słuchania Go w codziennym życiu. Przypominało to cotygodniowe ładowanie baterii, która powinna być systematycznie i wiernie ładowana każdego dnia. Szkoła Kontaktu z Bogiem Po roku zostałem wysłany za granicę na studia teologiczne i przez parę lat koncentrowałem się na zdobywaniu umiejętności językowych i wiedzy teologicznej. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie dawałem miejsca Bogu w moim sercu. Jednak wciąż pozostawało we mnie poczucie, że w życiu duchowym czegoś mi brakuje. Po studiach wróciłem do Polski, aby podjąć pracę w gdyńskim nowicjacie jezuitów jako socjusz Ojca Magistra, a po trzech latach zostałem duszpasterzem powołaniowym oraz odpowiedzialnym za Szkołę Kontaktu z Bogiem. To dzieło zostało założone przez o. Remiego Recława SJ (wtedy jeszcze kleryka jezuickiego). Są to rekolekcje ignacjańskie dla młodzieży w wieku od 16 do 23 lat. Pierwsze takie rekolekcje poprowadziłem w Garbowie koło Lublina. Tam, w czasie adoracji Pana Jezusa moją uwagę przyciągnęła wielka postać na ścianie. Był to św. Józef. Wzruszyłem się, zdając sobie sprawę, jak Pan jest wierny i nigdy nie odwołuje swoich obietnic. Powiedział przecież: „Będziesz innych uczył modlitwy na wzór św. Józefa”. W „międzyczasie” stworzył najlepsze miejsce do nauki modlitwy – Szkołę Kontaktu z Bogiem. A któż jak nie święty Józef, który na kartach Pisma Świętego nie wypowiada ani jednego słowa, może być najlepszym wzorem modlitwy w milczeniu? Pan pamięta
|
|