baner_czarny

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

kaplanskie_felietony
Opis świata, który często do nas dociera nosi na sobie ślad autora. Ważne jest to, o czym słyszymy, ale również i to, kto o tym pisze. Świadczą o tym postawione akcenty i wyróżnienia. Zawsze jednak pojawia się problem prawdy i obiektywizmu. Chrześcijanin w kierowaniu się tymi kryteriami nie pozostaje sam. Prawda Bożego Słowa pozwala docierać do ukrytych znaczeń. Odkrywać sens zdarzeń i nie zawężać ich do tego tylko, co można zobaczyć i dotknąć. Tak właśnie chcemy postrzegać świat. I dzielić się tym, o czym wszyscy mówią albo tym, co osobiście staje się doświadczeniem naszego życia. Zawsze jednak przeglądając doczesność w wieczności.
felietony
ks_andrzej_przybylski

ks. Andrzej Przybylski

Walczyć, żeby wygrać miłość - cz. II.

6 sierpnia – Przemienienie Pańskie
Walka IV: Słabość i moc

Św. Tereska od Dzieciątka Jezus wspominała o konieczności podwójnego nawrócenia. Pierwsze nawrócenie jest wtedy gdy odkrywamy wspaniałość Boga, Jego wielkość i miłość, bardzo Go wtedy pragniemy, a za tym pragnieniem idzie wielka chęć świętości. Gdy nas ogarnie takie wielkie pragnienie Boga nagle zaczynamy odkrywać swoją przeciętność i masę osobistych zdrad i słabości. Terenia mówiła, że trzeba wtedy zgodzić się przyjąć swoją małość i swoje słabości, bo inaczej zamęczą nas wyrzuty sumienia, poczucie winy, lęk przed Bogiem, którego tak bardzo chce się kochać.

Gdy człowiek nie zaakceptuje swojej słabości, z jednej strony zmęczy się w dążeniu do świętości i będzie mu ono przypominało syzyfową pracę, a z drugiej strony człowiek stwardnieje jak skała, jeśli tylko uwierzy w swoją iluzoryczną wielkość. Mój pobyt w górach dziś znów wiąże się z akceptacją deszczu, złej pogody, niemożności zdobywania szczytów. Od samego rana znów leje deszcz. A chciałem sobie udowodnić, że zdobędę szczyty, że pochodzę po łańcuchach, a potem wszystkim się pochwalę, gdzie to ja nie wszedłem. Muszę zaakceptować to, że dziś nie zdobędę żadnego szczytu, nie udowodnię sobie swojej kondycji i nie zapewnie męskiej satysfakcji z zaliczenia kolejnej góry. Musiałem też pozmieniać palny. Trochę popisałem, a potem postanowiłem mimo deszczu zrobić sobie pielgrzymkę na Krzeptówki, do Matki Bożej Fatimskiej. Szedłem w wielkiej ulewie i błocie. Zrobiłem sobie mały przystanek w domu sióstr od Aniołów. Siostry jak zawsze gościnne i dobre. A potem dotarłem do sanktuarium na Krzeptówkach. W święto Przemienienia Pańskiego, w pierwszy czwartek miesiąca mogłem spokojnie ukryć się w ciszy kaplicy z adoracją Najświętszego Sakramentu. To było niesamowite. Nie wiem kiedy ostatnio poczułem taką bliskość z Bogiem, takie wielkie odczucie komunii z Nim. Długo się modliłem. Zmówiłem swoje zdrowaśki za kleryków, zrobiłem porządne rozmyślanie, ale nade wszystko odczułem tę niesamowitą bliskość Boga. Czy Terenia nie ma racji, że jak człowiek przestanie marudzić i zaakceptuje Boże warunki wtedy wygra coś większego niż zaplanował we własnej głowie? Nie zdobyłem dziś żadnego górskiego szczytu, pogoda była okropna, deszcz lał niemiłosiernie, a w tej słabości dnia Bóg przyprowadził mnie na najcudowniejszy szczyt spotkania z Nim, obecnym w Najświętszym Sakramencie. Coś, co wydało mi się słabością stało się źródłem największej mocy.

7 sierpnia
Walka V: Ofiara i przyjemność
Gdzieś w środku liczyłem, że dziś znów będzie padać i posiedzę w „Księżówce”, poczytam i pośpię.. Postanowiłem zaliczyć szlak przez Murowaniec na Krzyżne do Doliny Pięciu Stawów. To długi szlak, ale jest na nim mało ludzi i ma piękne widoki. Góry zawsze niosą w sobie tę taktykę życia, że najpierw musisz włożyć sporo wysiłku, żeby doświadczyć radości i prawdziwej satysfakcji. Ludzie szukający przyjemnego sukcesu nie chodzą w góry, ludzie, którym nie chce się włożyć wysiłku nie zdobywają szczytów. Dlatego w górach jest najwięcej mistyki i najwięcej prawdy o nas. Góry są też dowodem ewangelicznej prawdy, że tylko ofiara i poświęcenie dają prawdziwą przyjemność. Świat, zwłaszcza dzisiejszy produkuje przyjemności bez wysiłku i dlatego dają one radość tylko wtedy gdy trwają, kiedy się kończą przynoszą poczucie pustki i straty. Mimo zmęczenia miałem dziś w sercu mnóstwo radości, takiej prawdziwej, męskiej satysfakcji, że nie poddałem się swojemu wygodnictwu, że jednak ruszyłem w góry i wybrałem dość forsowny szlak. Tylko ofiara może dać poczucie zwycięstwa. Facetom jest to chyba szczególnie potrzebne, kiedy rzadko zwyciężają siebie i okoliczności, tracą ważną akceptację siebie. Na szlaku nie umiałem odprawić Drogi Krzyżowej, ale za to cały czas myślałem o Bogu, o Jego wielkiej miłości do każdego z nas. Po 19 byłem dopiero przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Stąd jeszcze kawałek drogi do parkingu, przejazd busem do Zakopanego. Dziś też musiałem wrócić do Częstochowy. Dojechałem do domu parę minut przed północą. Cały czas była we mnie radość z dzisiejszej walki trudy z wygodnictwem. I choć na początku dnia wydawało mi się, że wygoda może źródłem przyjemności, to w końcówce już nie miałem wątpliwości, że jeśli zwycięży we mnie ofiara i poświęcenie to wygram nieprawdopodobnie większe poczucie przyjemności. Bóg zapraszając mnie do ofiary i poświęcenia nie pozbawia mnie radości i przyjemności, one przychodzą trochę później, ale za to są pełniejsze i głębsze.

8 -9 sierpnia
Walka VI: Wolność i odpowiedzialność

Św. Edyta Stein pisała, że wolność jest chwilowa i trochę teoretyczna. Kiedy idę do sklepu, żeby kupić sobie koszulę mam wolność wyboru, mogę wybrać koszulę w kratkę, w paski, w groszki, białą, albo różową. Kiedy jednak już się zdecyduję na którąś z nich, staję się związany tylko z tą, którą kupiłem. Gdybym chciał zachować tę pierwotną wolność, nie mógłbym zrobić żadnego zakupu, ale jednocześnie nic bym nie posiadał. Wolność stawia mnie przed możliwością różnych wyborów, ale kiedy już dokonam tego wyboru, muszę być za niego odpowiedzialny. Opuściłem na kilkanaście godzin Zakopane. Wróciłem do Częstochowy, żeby wziąć udział w modlitwach w sanktuarium św. Jana Marii Vianney’a w Mzykach. Na koniec uroczystości mieliśmy konferencję do kapłanów wygłoszoną przez naszego Arcybiskupa. Poruszyły mnie jego słowa. Ksiądz Arcybiskup nazwał świętego Proboszcza z Ars najbardziej odpowiedzialnym za swoje kapłaństwo spośród wszystkich kapłanów. Mając 230 ludzi w parafii św. Jan Maria czuł przed Bogiem głęboką odpowiedzialność za zbawienie każdego z nich. Jemu nie były obojętne wybory powierzonych sobie ludzi, modlił się, pokutował, pościł za każdego z nich. Chciałbym mieć w sobie tyle odpowiedzialności za ludzi, żebym czuł, że to, czy chce mi się spowiadać czy nie, to nie jest tylko kwestia moich chęci, czy nawet gorliwości, ale sprawa życia i śmierci tych ludzi. Chciałbym odprawiać każdą mszę świętą z całkowitym przekonaniem, że każde jej słowo, każdy gest mogą stać się źródłem zbawienia jakiegoś człowieka. Chciałbym nosić w sobie przekonanie, że mam się modlić tym więcej im mniej ludzi się modli, pościć tym bardziej, że wielu ludzi już nie pości, kochać Boga, za tych, którzy Go już przestali kochać. W wolności wybrałem swoje kapłaństwo. Bóg mnie do niego zaprosił, dał mi łaskę powołania, ale nie zmusił. Cierpliwie i długo czekał na moją odpowiedź, a w seminarium na różne sposoby pytał mnie, czy na pewno chcę być księdzem. I kiedy przed święceniami, w całkowitej wolności wybrałem kapłaństwo stałem się za nie odpowiedzialny. Jeśli będę odpowiedzialnie realizował swoje powołanie, to będę miał poczucie największej z możliwych wolności.

Po konferencji zadałem sobie pytanie o moją odpowiedzialność za powierzonych mi przez Boga ludzi. Najpierw Bóg postawił mi przed oczy naszych kleryków i młodych kapłanów. Dużo muszę jeszcze pracować, żeby bardziej być za nich odpowiedzialnym. Pomyślałem też o chorym Piotrku i natychmiast przyszła mi myśl, że mam nie jechać do Zakopanego jutro z samego rana, ale najpierw muszę iść do Piotrka i zanieść mu Jezusa. W niedzielę, o 10. tej w domu Piotrka, przy jego łóżku, odprawiłem mszę świętą. Byli ze mną dwaj klerycy, którzy przygotowali tę mszę świętą bardzo starannie. Był wielki kościelny mszał, złoty kielich i patena, wielkie kościelne świece, a Paweł śpiewał psalm jak podczas największych celebr w katedrze. Muszę dużo pomyśleć i zmienić w zakresie mojej kapłańskiej odpowiedzialności za powierzonych mi ludzi. To nie jest sprawa moich chęci, czy mojej kapłańskiej pobożności, to jest sprawa mojej odpowiedzialności za nich przed Bogiem. Skoro zgodziłem się być kapłanem to w każdym momencie mojego życia jestem odpowiedzialny za kapłaństwo. I tylko wtedy ono nie będzie trudem, ale doświadczeniem zrealizowanej wolności.

10 sierpnia
Walka VII: Schematy i przekraczanie granic

W życiu duchowym nie ma schematów. Potrzebuje ono co prawda pewnego porządku, ale człowiek zamknięty w schematach zamyka się na łaskę, nie pozwala się poprowadzić suwerennemu działaniu Boga. Życie duchowe zaczyna się wtedy, kiedy przestaję kurczowo trzymać się swoich planów i rzucam się na wiatr propozycji Ducha Świętego. To jest trudne na początku drogi za Bogiem, bo chciałoby się utargować u Boga swoje scenariusze, swoje plany na życie, chciałoby się, żeby Bóg wszedł w nasze życie, ale na naszych warunkach. Stąd życie duchowe zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestaję się pytać o to, co powinien mi dać Bóg i zaczynam się pytać, co mam zrobić, żeby pełnić Jego wolę. Ale ta trudność wcale nas nie opuszcza w dalszym chodzeniu za Panem. Myślę nawet, że im dłużej chodzimy za Jezusem tym więcej grozi nam skostnienie i skupienie się na sobie. Ten etap jest trudniejszy, bo zaczyna nam się wydawać, że nasze myślenie jest myśleniem Boga. Im dłużej jestem księdzem tym trudniej mi jest się dać zaskoczyć Bogu. Zaczyna mi się coraz częściej wydawać, że już znam się na Bogu i Jego działaniach. A to zamyka mnie na całkowitą nowość Ducha Świętego. Od wczoraj znów siedzę w „Księżówce”. Sporo tu rozmawiam z kapłanami. Są cudowni i każdy z nich jest inny. Od starszych kapłanów słyszy się ciągle jak to dawniej bywało, jak dawniej było lepiej w Kościele, w świecie, w kapłaństwie. Nie wiem jak było dawniej, nie sądzę, że było o wiele lepiej, było po prosu inaczej. Ale w każdym czasie nie opuszcza nas Bóg, posyła do nas swojego Ducha i cała sztuka jest właśnie w tym, żeby słuchać, co mówi Duch do mnie dzisiaj, a nie jak mówił wczoraj. Jest w tym potwierdzenie tego, że idąc dłużej za Jezusem muszę troszczyć się o nowość Jego działania w moim życiu, muszę pozwolić się poprowadzić Duchowi Świętemu, dać się Mu zaskoczyć. Tymczasem to częściej świat nas zaskakuje i to nie dlatego, że Bóg nie ma na niego sposobu, tylko my, w nowym świecie, chcemy działać według starych natchnień.
Miałem dziś inne plany na górską wyprawę. Przy śniadaniu Ks. Andrzej, którego znam jeszcze z seminarium, zaproponował, żebym poszedł trochę inaczej, zamiast na Wołowiec, żebym przeszedł górami na słowacką stronę i zaliczył Bystrą i Błyszcz. Chętnie się na to zgodziłem. Droga była cudowna i okazało się, że dzięki tej zmianie planów zaliczyłem największe szczyty Zachodnich Tatr – Bystra ma 2248 m, a Błyszcz 2158m. Do tego przekroczyłem granicę Polski i Słowacji. To taka mała, zupełnie zewnętrzna ilustracja do mojego dzisiejszego rozmyślania. Kiedy trzymam się sztywno swoich planów osiągam mniej niż wtedy gdy dam się poprowadzić Duchowi Świętemu, gdy pozwolę Mu na zmianę moich życiowych planów, rozbicie schematów i wyznaczonych przez siebie granic wtedy zdobędę najwyższe szczyt, wyższe niż te, które sobie po ludzku wyznaczyłem.

wróć do felietonów...>>

linia
hedley 2009