Niedziela, 2 sierpnia
Wieczorem dojechałem do Księżówki, domu dla kapłanów mieszczącego się w Zakopanem przy drodze do Kuźnic. Jeszcze parę lat temu nawet bym nie pomyślał, że wybiorę to miejsce. Na potwierdzenie tego usłyszałem słowa leciwego kapłana, który do Księżówki przyjeżdża od czasów, kiedy mnie nie było na świecie. „Dawniej, proszę księdza, to nie było do pomyślenia, żeby jakiś młody kapłan się tu pojawił. To było miejsce tylko dla zacnych i wysłużonych kapłanów. A dzisiaj to sama młodzież!”. Nie wiedziałem, czy w jego oczach jestem z grupy tych starszych i zacnych, czy też tych niepokornych i młodych. W każdym razie są tu doskonałe warunki do wypoczynku i modlitwy, szczególnie, że ten wyjazd w główniej mierze przeznaczam na samotne wędrowanie po górach. Odwiedziłem też kaplicę i natychmiast przypomniałem sobie rekolekcje, które już prawie dwa lata temu prowadziłem tutaj dla kapłanów. Poczułem też mocną obecność Jana Pawła II. Wiele rzeczy i wiele miejsc przypomina tu Ojca Świętego. Nie mam na ten czas, żadnych duchowych planów. Z modlitewnych zamierzeń chcę tylko modlić się za naszych neoprezbiterów, diakonów, kleryków i w intencji nowych kandydatów do kapłaństwa, odmawiając za każdego z nich codziennie jedną zdrowaśkę –wyjdzie tego trochę ponad 100.
Poniedziałek, 3 sierpnia
Walka I: Ciało i duch
Od samego rana myślałem dziś o historii dojrzewania każdego człowieka. U świętego Pawła to była transformacja od cielesnego do duchowego człowieka. Może pierwszy raz zrozumiałem, że choć te dwa rodzaje są w każdym z nas, to z wiekiem wyraźnie zmieniają się akcenty. Mamy przechodzić od człowieka cielesnego do bardziej duchowego. Moje ciało wyraźnie mi to dziś potwierdzało. Wybrałem się na drugi odcinek Czerwonych Wierchów, od Kopy Kondrackiej przez Małołączniak, Krzesanicę i Ciemniak do Doliny Kościeliskiej. To są już dwutysięczniki i jak na marsz bez przygotowania i w mocnym upale wyraźnie się zmęczyłem. Moje ciało nie ma już takiej sprawności, jak podczas pierwszych studenckich wypraw w góry. To jedno z ważnych zadań wieku średniego – trochę zaakceptować fakt, że mimo wysiłku i starań moja kondycja fizyczna będzie się zmniejszać. Nie mogę więc liczyć na rozwój fizycznej sprawności. Mogę co najwyżej lepiej dbać o kondycję, żeby ten regres nie następował zbyt szybko. Przez chwilę zacząłem się tym martwić. Nagle zrobiło mi się szkoda, że za parę lat nie będę miał siły wejść na Kozi Wierch czy Granaty. Szybko jednak zrozumiałem, że moją jedyną szansą na rozwój jest duch. Życie fizyczne, czy tego chcę czy nie, czy lepiej czy gorzej udaję młodego i sprawnego, zmierza w stronę coraz większej słabości. Życie duchowe natomiast jest ciągle moją największą szansą, źródłem spełnienia i radości. Nie mogę w ciele pokładać nadziei i choć ono jest niesłychanie ważne i muszę robić wszystko, aby jak najdłużej zachować je w sprawności, to jednak cała moja nadzieja jest w duchowej młodości. W różnych miejscach oglądam zdjęcia z Janem Pawłem II. Wszędzie widać starszego człowieka z tęsknotą patrzącego w stronę szczytów. Widać na tych zdjęciach, że choć ten człowiek fizycznie nie mógł już wysoko wejść, to jego duch tam jest, jego duchowa siła sprawia, że wystarczy mu zerknięcie w stronę szczytów, aby mieć radość w sercu. Życie duchowe może sprawić, że choć ciało nie będzie już mogło wejść na szczyty to duch wzniesie się o wiele wyżej niż może ciało. Moją największą nadzieją jest życie duchowe. Ono nigdy się nie starzeje, jeśli o nie zadbam, oddając się całkowicie w ręce Boga. Dziś wygrał we mnie duch nad ciałem, wygrało we mnie zrozumienie, że duchowy człowiek jest ważniejszy niż ten cielesny. To przekonanie, paradoksalnie przyniosło mi też akceptacje i radość ze swojego starzejącego się ciała. Po powrocie z gór, zmęczony, spocony, zbolały popatrzyłem w lustro i szczerze uśmiechnąłem się do mojej łysinki na głowie, do spalonego i trochę już pomarszczonego czoła i bez lęku pomyślałem, że choć jestem już za granicą połowy mojego życia i pewnie nie będę wyglądał coraz młodziej, to jednak moją siłą jest duch, który zawsze uczyni mnie młodym. Moja walka ducha nad ciałem nie przyniosła więc nienawiści do ciała, ale właściwą miłość i akceptację do niego.
4 sierpnia – św. Jana Marii Vianney’a – w 150 rocznicę od jego śmierci.
Walka II: Ziemia i niebo
Z samego rana odprawiłem mszę świętą ze wspomnienia świętego Proboszcza z Ars. Wierzę, że on dziś jest najbliżej Boga i może nam u Boga wypraszać cuda. Odprawiłem więc tę mszę o największy i najtrudniejszy cud – o nawrócenie dla nas, kapłanów. Prosiłem też Boga przez wstawiennictwo św. Jana Marii o nowe powołania do naszego seminarium. Ciągle kłócę się o nie i wypraszam je u Boga! Moje samotne wędrowanie po górach jest jakąś ucieczką od ludzi. Coraz bardziej kocham samotność. Wybrałem więc dziś niezwykłą kombinację szlaków, żeby trochę uciec od tłumów. Błąkałem się więc między Gęsią Szyją, szlakiem na Krzyżne a Halą Gąsienicową. Ponieważ góry całe były w chmurach i trudno było coś zobaczyć, wybrałem leśny, pusty szlak, a potem skaliste ścieżki nad Murowańcem. Nie było na nich żywej duszy. Przez całą drogę upajałem się samotnością i zastanawiałem się nad moją relacją do świata. Lubię świat, chciałbym czasem mieć możliwość korzystania z atrakcji tego świata, a jednocześnie kocham Boga i wiem, że mogę Go znaleźć tylko poza światem, bo On „nie jest z tego świata”. Bycie księdzem skazuje nas trochę na takie rozdarcie. Jedną nogą musimy być w niebie, a drugą stąpać po ziemi, żeby być przy człowieku. Dotarłem aż pod Krzyżne i tu ogarnęły mnie chmury. Jakby niebo całkowicie chciało mnie zagarnąć dla siebie. Byłem sam utopiony w gęstej mgle. Szedłem wolno i zachwycałem się całą tą sytuacja. Mgły całkowicie oddzieliły mnie od świata, a moja modlitwa jakby sięgała nieba. Myślę, że kapłan musi pokochać taką samotność, takie bezwzględnie samodzielne bycie przed Panem. Niebo wygrało z ziemią. Przestałem widzieć ziemię, bo cały byłem zanurzony w chmurach. Z żalem musiałem zawrócić czując zbliżający się deszcz. Rzeczywiście przez trzy najbliższe godziny schodziłem z gór w strugach deszczu i w atmosferze bijących piorunów. Jakimś busem zajechał aż na Krupówki. Musiałem przejść wielki tłum ludzi, żeby dotrzeć do domu. Niespodziewanie ci wszyscy ludzie wcale mnie nie zmęczyli. A przecież stanowili taki wielki kontrast z ciszą i samotnością, którą przed chwilą tak mocno celebrowałem. To jest kolejne zwycięstwo Boga, kolejna walka, w której zwycięstwo nieba nad ziemią, wcale nie obrzydziło mi ziemi, ale pozwoliło mi ją mądrze ukochać. Nie mogę się bać samotności, na pewno w niej nie zdziczeję, ale jeszcze bardziej pokocham ludzi Bożą miłością.
5 sierpnia
Walka III: Bóg i moje „ja”
Niestety, rozpadało się na dobre. Rano odprawiłem mszę, odmówiłem porcję moich porannych modlitw, pogadałem przy stole z księżmi, a potem wróciłem do pokoju i z książką w ręku zasnąłem. Cudownie się śpi, gdy za oknem leje deszcz, a człowiek nie musi nigdzie iść i nie ma pilnych prac do wykonania. W samo południe zmobilizowałem się do wyjścia. W porządnym deszczu udało mi się pójść szlakiem św. brata Alberta. Najpierw Kalatówki z jego celą i piękną kaplicą u sióstr, a potem klasztor Albertynów. Spędziłem w nim sporo czasu. Tutaj prawie nie ma ludzi i można się wtulić w ławkę i kontemplować Jezusa na krzyżu. Najpierw zmówiłem swoje ponad 100 zdrowasiek za kleryków, neoprezbiterów i kandydatów do seminarium. Potem wyciągnąłem kawałek tekstów św. Jana od Krzyża. Wyczytałem tylko jeden fragment, o tym, że człowiek w drodze za Bogiem, najpierw musi oderwać się od świata, a kiedy to zrobi stanie do walki z największym przeciwnikiem, ze swoim „ja”. Bardzo mnie to poruszyło, bo wiem doskonale ile mam kłopotów ze swoim „ja”. Jak bardzo ono fałszuje moją drogę za Bogiem. Tak często przecież mi się wydaję, że chodzi mi o Boga, a tak naprawdę chodzi mi o mnie. Moje „ja” jest z jednej strony mocno skomplikowane, a drugiej niesamowicie przebiegłe, żeby siebie postawić ponad Boga. Wystarczy, że coś nie jest po myśli mojego „ja” zaczyna się we mnie krzyk i smutek. Moje „ja’ lubi bardzo przebierać się za Boga, udawać pobożność, świętość, nieskazitelność, gdy tak naprawdę jest słabe, brudne i mocno poranione. Tak jest z każdym ludzkim „ja”. Tu, na Kalatówkach, zawsze spotykam człowieka, w którym Bóg zwyciężył z jego „ja” – spotykam św. brata Alberta. Mógł zostać wielki malarzem, wolał zostać żebrakiem. Mógł zostać wielkim filantropem i sławnym człowiekiem od pomocy socjalnej, a wolał zostać z ubogimi, śmierdzącymi w krakowskich ogrzewalniach. I choć już za życia był sławny i zbierał nawet jakieś nagrody, ale to wszystko było już dla niego jak śmieci, bo w ubogich zobaczył Boga. Nie mogę napisać, że Bóg zwyciężył dziś z moim „ja”. Z pewnością dziś Bóg jeszcze raz mnie przekonał, że warto o takie zwycięstwo powalczyć, żeby bardziej pokochać siebie. Kiedy moje „ja” przegra z Bogiem wtedy będę mógł powiedzieć, że prawdziwie kocham siebie, bo Bóg kocha najbardziej tych ubogich, chorych, skomplikowanych, poranionych i brudnych. A przecież, jak przestanę udawać i stanę w prawdzie o sobie to będę się musiał przyznać to takich słabości.
wróć do felietonów...>> |