Nasze rozważania rozpoczynamy od tematu potrzeb. Ktoś z was zapyta: dlaczego? Czy odpowiada on atmosferze rekolekcyjnej? Istotnie, nie wiąże się on bezpośrednio z czasem duchowej odnowy, ale jest niezwykle mocno związany z antropologią, z życiem człowieka, z jego pragnieniami i celami, zarówno ze sposobem przeżywania sytuacji trudnych, jak i sposobem wychodzenia z nich. Potrzeby, o czym powiemy, nadają kierunek i dynamikę naszemu życiu. Stąd właśnie ten temat pojawia się na początku naszych rekolekcji. Pytać zatem będziemy, czy mamy potrzeby i jakie one są. Każda duchowość zakonna autentycznie przeżywana jest dobra U podstaw życia zakonnego leży przywiązanie do Boga. Pośrednio jest to również przywiązanie do tego, co nadaje sens naszej drodze, co wyznacza nasze cele – ostateczne i pośrednie, co daje siłę do podnoszenia się z trudności i odnajdywania radości, co w końcu jest siłą motywacji, własnej i innych, do wysiłku – do świętości. Życie zakonne ma sens o tyle, o ile mocne jest to nasze przywiązanie do Boga, o ile jest ono żywe, głębokie i twórcze. Ono nie tylko nadaje sens i cel naszej drodze, ale decyduje także o jej kształcie, o stopniu naszego zaangażowania w pielgrzymowaniu po niej, a zarazem także o jakości owoców, które wydajemy. Wiadomo bowiem, że drzewo poznaje się po owocach, a nie po korzeniach. Korzenie każdego drzewa są dobre, ponieważ gwarantują życie. Złe, robaczywe, trujące mogą być jedynie owoce. A więc nie ma zasadniczo złych drzew. Jeżeli tylko drzewo rozwija się według swojej natury, zieleni się w okresie wiosennym, staje się domem dla istot niebieskich, jeżeli wydaje jakikolwiek owoc, oznacza to, że jest ono zasadniczo dobrym drzewem. Lecz takie drzewo, aczkolwiek pełne witalności, może rodzić owoce robaczywe, nienadające się do spożycia, takie, które się wyrzuca. Duchowość zakonna jest niczym drzewo, którego korzenie tkwią głęboko w Bogu, lecz które równocześnie wydawać może bezwartościowe owoce. Są nimi ci, którzy będąc członkami wspólnoty, nie żyją jednak według jej wskazań, nie uświęcają się. Przywołując obraz drzewa, chciałem przypomnieć, że w istocie każda duchowość zakonna jest dobra – pod warunkiem, że przynosi zdrowe owoce, które chętnie się spożywa i które napełniają siłą. Niezależnie zatem od tego, jaka jest moja zakonna duchowość, jeżeli tylko przeżywam ją autentycznie, czyli głęboko, jeżeli ona wzmacnia moje przywiązanie do Boga, to wówczas jest dla mnie najlepsza. Ważne jest to, czy żyjąc duchowością określonej wspólnoty zakonnej, zmieniam swoje życie i czy przynoszę zdrowe owoce; czy potrafię nimi nakarmić tych, którzy są wokół mnie, którzy zbliżają się do mnie, którym posługuję albo którzy mi posługują, którzy oczekują na mój dobry uśmiech i pokrzepiające słowo, którzy wyczekują na chwilę milczenia, aby mogli przemówić… Bardzo świadomie podejmuję tę kwestię właśnie na początku naszych rozważań. Jest bowiem sprawą ważną, abym nie tylko umiał docenić duchowość mojego Instytutu, ale także bym chciał ją poznać lepiej i dodatkowo utwierdził się w nadziei, że pokocham ją jeszcze bardziej, że moje życie osobiste będzie jeszcze bogatsze. Postawa taka rodzi z kolei szczere i głębokie przekonanie, że właśnie ta, którą przeżywam, a nie inna duchowość, jest dla mnie najlepsza z możliwych i że żyjąc nią, mogę osiągnąć świętość. Takie przekonanie musi się znaleźć w punkcie wyjścia mojej zakonnej medytacji. Pragnieniem Pana jest, abym był szczerze przekonany, że duchowość mojego zgromadzenia jest „dla mnie”, co oznacza, że jest najlepszą i najprostszą drogą do doskonałości, jaką wybrał dla mnie Bóg. Jedynie ode mnie zależy, jak intensywnie ją przeżywam, na ile wykorzystuję jasność jej światła do oświetlenia życia swojego i innych. Czas medytacji, zastanowienia, jakim niewątpliwie są zakonne rekolekcje, może znacząco pomóc mi w uświadomieniu sobie niesionego przeze mnie bogactwa i być również dodatkową okazją do jego pogłębienia. Przypomnijmy, że jakość drzewa poznaje się po owocach, a nie po korzeniach. Oznacza to, że nie można mówić o lepszej czy mniej „dobrej” duchowości zakonnej, ponieważ każda z nich bierze swój początek z miłości do Chrystusa. Rodzi się w spotkaniu z Tym, który jest i który zbawia. Każda zatem duchowość, zrodzona z tego spotkania, jest pozytywna i „aktualna”. To z kolei rodzi konieczność szacunku, umiłowania i szczycenia się duchowością własnej rodziny zakonnej, zachwycenia się jej pięknem. A przez fakt, że staramy się nią żyć w pełni, staje się ona jeszcze piękniejsza, bardziej zachwycająca, rozświetlając być może wiele ciemnych miejsc współczesności. Ciągle więc należy dokładać starań, aby w świecie trapionym mnóstwem różnych chorób, trudnościami, zniechęceniem, brakiem szlachetnych pragnień, często kłamstwem i przemocą, tak żyć i postępować, aby pozostać nieskazitelnym, nieskażonym. Codzienna medytacja czasem poznawania i zachwycania się Co robić, aby ideały życia zakonnego (pośrednio także nasze ideały osobiste) nie tylko nie osłabły, nie zostały wypaczone czy skażone, ale aby dodatkowo potrafiły rozświetlać drogę innym? Jak się zachować, abyśmy nie tylko „z zewnątrz” byli rozpoznawalni jako osoby zakonne, ale byli nimi również w naszym wnętrzu, w intymności naszych pragnień, w codzienności naszych wyborów, marzeń…? Jak żyć, aby świadectwo naszego życia, wybrana przez nas droga były czytelne dla innych, by wręcz zachęcały innych do jej podjęcia? Sposobów szukania odpowiedzi na te pytania jest bardzo wiele, a jednym z nich są niewątpliwie rekolekcje. Wzmocnieni i wzbogaceni doświadczeniami minionego czasu, podczas rekolekcji zyskujemy dogodną sposobność odkrycia na nowo, z nową siłą i miłością istoty naszego życia i powołania. Dają nam one możliwość odczytania głębszego sensu zarówno trudności, jak i radości, doświadczenia krzyża i zmartwychwstania. Ale nie tylko. Czas rekolekcji jest także szczególną okazją do ponownego zadziwienia siędokonanym wcześniej wyborem drogi życia. W istocie jest przechodzeniem od zadziwienia do uwielbiania Boga za dar powołania, za wybranie nas na swoich świadków. To duchowy, ale jednocześnie pełen dynamizmu czas przechodzenia od chęci do spełnienia, od bojaźni do działania, od pragnień do czynów. Czas, jaki poświęcam refleksji, jest czasem myślenia nad moim życiem, nad tym, co z nim robię, jak go przeżywam, jak współpracuję z łaską, jak rozwija się we mnie Boże ziarno zasiane w chwili powołania. To czas poznawania działania Boga w świecie i we mnie, czas zachwycania sięJego przemożnym działaniem w historii i czas odkrywania w sobie na nowo zapału do życia duchowego. Z pewnością zapału innego niż w momencie rozpoczynania życia zakonnego czy przyjmowania habitu zakonnego, innego w sensie znajomości życia zakonnego, ale nie innego w sensie intensywności pragnień, nie innego gdy chodzi o cel drogi. Ten bowiem jest zawsze ten sam, a mianowicie – radość chodzenia ścieżkami Pana i zjednoczenie się z Nim. Poznanie Boga, siebie i swojej życiowej drogi wydaje się niezwykle istotne. Należy jednak podejmować ciągłe starania, aby poznanie to dokonywało się „w środku” życia, a nie w oddaleniu od tego, co go stanowi, co wpływa na jego jakość i sposób przeżywania. Poznawanie siebie z jednej strony i środowiska naszego życia z drugiej – winny iść ze sobą w parze, nawzajem się wspomagając, wyjaśniając, korygując. Taki sposób postępowania jest ważny, wręcz konieczny dla kogoś, kto pragnie naprawdę poznać swoje wnętrze. Poznanie siebie, swojego powołania i woli Pana względem siebie musi przekładać się na konkretne propozycje, na możliwie jasne rozwiązania życiowe. Takie ujęcie zrywa z jednym z nurtów obecnych w filozofii zachodniej, który koncentrował się bardziej na samym procesie poznawania niż na życiu. Czytając teksty nawiązujące do wspomnianej filozofii, można było odnieść wrażenie, że im zagadnienie miało mniejszy związek, kontakt z życiem, tym lepiej nadawało się do badania czy rozważania; im było bardziej abstrakcyjne, tym łatwiej można było je poznać. W naszym przypadku poznanie ma odmienny charakter. Jest ono mocno zaangażowane w życie, wcielone w nie, dlatego mówimy, że Jezus Chrystus jest Drogą, jest Prawdą, która się wcieliła. Taka jest logika chrześcijaństwa. Silne związanie wiary chrześcijańskiej z życiem to przyczyna wielu cierpień, których źródłem jest grzech dotykający wierzących, wezwanych przecież do bycia świadkami Tego, który jest bezgrzeszny, dobry, święty. Lecz jednocześnie prawda chrześcijaństwa wzmacnia, uskrzydla, ucząc, że Pan, jeśli się Go prosi, pozwala uwolnić się od brudu grzechu i wznieść się ponad złość i nienawiść, wzlecieć w przestrzenie świętości. Właśnie dlatego nasze poznanie winno iść w parze z konkretnym życiem, odpowiadać na pytania, które niesie codzienność, rozwiązując trudności gaszące blask naszego powołania. Będziemy szukać okazji do częstego zatrzymywania się nad życiem współczesnego świata (także człowieka) w nadziei lepszego poznania mechanizmów, które nim rządzą. To zaś winno być pomocą w znalezieniu środków do czynienia go lepszym, bardziej Bożym i bardziej ludzkim, co bez solidnego oparcia w Bogu jest niewykonalne. Jeśli nasze życie, którego integralny aspekt stanowi duchowość Zgromadzenia, nie ma sprowadzać się jedynie do sentymentalnego uczucia, pobożnego westchnienia; jeśli ma ono mieć właściwy kierunek i tworzyć kulturę w obszarze naszego oddziaływania, to nie może abstrahować od spraw życia codziennego, od jego radości i problemów. Jeśli faktycznie chcemy zmieniać siebie i świat, jeśli chcemy mieć wpływ na Kościół czy nawet tylko na naszą wspólnotę lokalną, to nasze pragnienie świętości i zaangażowanie w życie nie może uciekać od konkretów. Duchowa wielkość osoby zakonnej kryje się w szczegółach. Doskonałość, podobnie jak kultura, winna wzrastać od wewnątrz, obejmując następnie pozostałe aspekty naszej egzystencji, nasze wybory, zachowania, oceny. Apostoł Jan przypomina, że zło nie wchodzi do nas z zewnątrz, ale rodzi się w naszym wnętrzu (por. Mk 7, 15-23). Jeżeli zatem nasze wnętrze jest uregulowane, ukształtowane, jeżeli pełno w nim Bożego światła, to zaczyna ono również promieniować na zewnątrz, emanować pokojem, radością, miłością. Odtąd spoglądam na innych, w pierwszym zaś rzędzie na moje współsiostry/współbraci, w sposób pogodny, bez wypaczeń i uprzedzeń, gdyż moje spojrzenie jest pełne optymizmu i ufności, których źródłem jest Pan. Zrywam więc z narzekaniem i z użalaniem się nad sobą, na swój los, na warunki pracy, na sposób, w jaki traktują mnie inni itd. I nawet jeżeli miałbym wiele słusznych powodów, aby usprawiedliwić takie zachowanie, bliskość Boga każe mi zapomnieć o sobie, przesunąć się w cień, abym mógł dostrzec Jego oblicze, Jego miłość do mnie. Narzekanie bardzo temu przeszkadza, ponieważ wyraźnie oddala działanie miłości Bożej, koniecznej do dobrego życia i naprawy świata. Egoistyczna koncentracja na sobie, zbyt częste utyskiwanie na to, co przynosi życie lub czym żyje świat, zasłaniają przemieniającą bliskość Boga, który ciągle działa w świecie i go doskonali. Jezus uczy: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam” (J 5, 17). Nie oddalił się od nas, nie porzucił świata, ale jest w nim obecny i działa. Współdziałając z Nim, przemieniam siebie i świat, to znaczy doskonalę środowisko, w którym jestem, wspólnotę, w której żyję. Mam pozytywny wpływ na moich współbraci, moje siostry, na osoby, z którymi współpracuję. Działam bowiem z Chrystusem i w Jego mocy. Tak więc wizerunek świata zależy w dużym stopniu ode mnie, od mojego osobistego wkładu w jego dobro. Potrzeba poprawnego stosunku do samych siebie. Daje się zauważyć, że wielu nam współczesnych kuszonych jest chęcią zamknięcia się w jakimś duchowym czy intelektualnym getcie, w wąskiej grupie tych, którzy mają te same zwyczaje, zachowują identyczne obrzędy, odwołują się do tej samej tradycji itd. Nierzadko tendencja ta przeradza się w negatywny fundamentalizm, rygorystyczne przestrzeganie zasad i norm wyznaczonych przez grupę, połączone często z narzucaniem identycznych zasad innym członkom społeczności, niekoniecznie wyznającym tę samą religię. Członkowie takich grup uważają siebie za osoby doskonałe, wybrane, za wzory do naśladowania. Zjawisko to obecne jest również we wspólnotach chrześcijan każdej konfesji. Nie miejsce tutaj, aby pytać o przyczyny tego zjawiska, aczkolwiek z pewnością jednym z jego ważnych powodów jest tempo współczesnego życia i następujących w nim zmian. Jaka w takiej sytuacji winna być odpowiedź osoby wierzącej? Jak ma reagować na takie zjawisko osoba zakonna? Trzeba pamiętać, że fundamentalizm jest obcy Ewangelii. Chrystus nie mówi, aby trwać w zamknięciu, ale przeciwnie, kieruje do swoich uczniów wezwanie: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28, 19). Na apostołów, zamkniętych w Wieczerniku w obawie przed obcymi, zstępuje Duch Święty, który zmusza ich do wyjścia i głoszenia wielkich dzieł Boga (por. Dz 2, 14 n.). Rekolekcje są również czasem wyjścia, wyjścia z siebie w wymiarze duchowym, emocjonalnym, psychologicznym, aby spojrzeć na siebie oczami innych, oczami Chrystusa. Są okazją do konfrontacji z samym sobą, refleksją nad sposobem odnoszenia się do siebie. Nie pytam się wyłącznie o to, jak odnoszę się do innych, ale przede wszystkim, jak traktuję siebie. Jest to najważniejsze pytanie, z niego rodzą się pozostałe. Będziemy więc pytać siebie: Jak się czuję? Jak się oceniam? Czy mam poczucie wartości samego siebie? Jak widzę siebie, swoje miejsce i swoją misję we wspólnocie? Jak oceniam zadania powierzone mi przez wspólnotę? Czy one budzą we mnie poczucie własnej wartości, czy może mnie upokarzają? Jak zachowuję się względem siebie, tzn. w jaki sposób wykorzystuję czas, swoje zdolności, duchowe i intelektualne bogactwo? Jak wygląda moje posłuszeństwo, czystość, ubóstwo? Jak radzę sobie z ewentualnymi trudnościami? Jak je rozwiązuję, jaką korzyść z nich wyciągam? Pytań może być, oczywiście, więcej. Te wydają się jednak szczególnie ważne. Warto zauważyć, że często bywa tak, iż najpierw mamy do czynienia nie z grzechem, błędem czy zepsuciem, ale z sobą. Na długo przed pojawieniem się grzechu mam do czynienia z moim „ja”, czyli z sobą samym, z moimi naturalnymi czynami, z osobistymi potrzebami. Stąd też ważne wydaje się pytanie o to, jak zachowuję się względem moich namiętności, jak je traktuję. Można powiedzieć, że podstawowym, najważniejszym zadaniem mojego życia nie jest bynajmniej sposób radzenia sobie ze złem, z grzechem czy słabością. Aczkolwiek jest to istotne. Znacznie ważniejszy jest mój sposób odnoszenia się do tego, co wydaje się we mnie naturalne, czyli do mojego zachowania i postępowania względem tych potrzeb, które odczytałem jako własne. Człowiek nie jest grzechem, jest sumą potrzeb, ich zbiorowiskiem. To właśnie w tej relacji „ja” i „potrzeby” rodzi się doskonałość lub jej przeciwieństwo. Nasze życie składa się w istocie z potrzeb, które nadają mu określony posmak, zaopatrują w potrzebną energię, dają siłę w trudnościach i nadzieję na wyjście z nich. Jakość potrzeb, ich wewnętrzna dynamika, ich siła itd. nadają życiu odpowiedni koloryt. Wola pozostałaby uśpiona, gdyby nie istniał bogaty i różnorodny system potrzeb. One właśnie wyprowadzają ją z uśpienia i pobudzają do działania. Sprawiają, że czegoś chcę, do czegoś dążę, coś leży mi na sercu, osiągnięcie czegoś spędza sen z moich powiek. Mają wpływ na moje marzenia, wysiłki, plany. Nie pozwalają stanąć w miejscu, zasnąć, trwać w próżni. Wszystko to są potrzeby, a ich lista jest bardzo długa. Powyższy artykuł jest częścią publikacji "Życie zakonne. turystyka i pielgrzymowanie.", która ukazała się nakładem Wydawnictwa WAM |
||
|
||