baner_czarny

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

artykuly

ks. Zbigniew Wądrzyk

ZBAWIA NAS OBECNOŚĆ

Rzecz o dekretach i dyspozycyjności, obecności i formacji.

„Proszę księdza, czy organizuje ksiądz jakiś wyjazd na wakacje? Bo u mnie w parafii nic się nie dzieje…” – usłyszałem kiedyś od młodego człowieka. Ja miałem to szczęście, że od dzieciństwa spotykałem księży, którym się „chciało chcieć”.

kaplani

Pamiętam zbiórki ministrantów, na które pędziliśmy z radością, by spotkać się z naszym super-księdzem, inny wyjeżdżał z nami na rowery, choć sam miał już problemy ze zdrowiem, a do tego zorganizował jeszcze w parafii dwie drużyny harcerskie, gdy za komuny można było za to słono zapłacić. Inny dał nam całe serce, gdy podczas wyjazdów w góry, wieczorami można było o wszystkim pogadać. Inny rozkręcił scholę dziecięcą, która liczyła za jego kadencji 150 dzieci, do tego prowadził oazę młodzieżową, w której młodzi jednocześnie byli animatorami scholki. Gdy odchodził z  parafii były łzy, łzy i jeszcze raz łzy. Dziś jest już proboszczem w Żarnowcu. Taki mam obraz moich księży. Może właśnie dlatego od pierwszego roku mojego kapłaństwa wiedziałem jaką drogą trzeba pójść. Zdopingowany przez swojego Proboszcza zorganizowałem pierwszy raz w życiu wakacyjny wyjazd dla młodzieży, potem doszły wyjazdy z dziećmi, z Przymierzem Rodzin itd. Taki był zresztą „standard” pracy kapłańskiej. Dziś wygląda to inaczej. Czy zmieniły się standardy?

Do parafii trafia młody ksiądz. Od września prowadzi grupę w parafii, od grudnia mówi o konieczności rekolekcji wspólnotowych, przygotowuje wakacyjny wyjazd duszpasterski z grupą parafialną. Ludzie od stycznia załatwiają sobie w pracy urlopy, walczą by w grafiku dostać ten właśnie termin. Wreszcie udaje się. W marcu rezerwuje się dom na rekolekcje, przesyła zaliczkę. W maju już wszystkie treści są przygotowane. Wspólnota czeka na swój wyjazd, cieszy się nim, rozmawia o nim, zachęca tych którzy się jeszcze wahali. W czerwcu ksiądz dostaje dekret i … bęc.

Na nowej parafii zastaje taką sytuację: Pozostali księża mają w tym terminie swoje wyjazdy, zarezerwowane loty, zostaje na nowej parafii postawiony przed sytuacją, w której nie ma żadnego sposobu, pomimo dobrej woli wszystkich, na zrealizowanie wcześniej zaplanowanych rekolekcji dla grupy duszpasterskiej. Na jego miejsce przychodzi nowy ksiądz, który mówi: - dlaczego mam wziąć odpowiedzialność za wyjazd, którego nie organizowałem, a według mnie jest źle zorganizowany, a na dodatek mam w tym czasie zarezerwowany już inny wyjazd, zapłacony hotel, przelot; a tak w ogóle „ja tego nie czuję”. Ludzie dzwonią: - Proszę księdza i jak z tym wyjazdem, bo nie wiemy na czym stoimy. - Przykro mi, ale nic z tego – odpowiada duszpasterz – widać wola Boża była inna… i choć używa tej magicznej formuły, nie daje ona nikomu spokoju, sprawa nadal jest nie rozwiązana. Jakoś tak po prostu wstyd…
Dekrety rozdawane w czerwcu działające z natychmiastowym skutkiem według mnie dezorganizują wakacyjną pracę parafialną. I nie chodzi o to, że ksiądz nie chce być dyspozycyjny, ale o to, że zupełnie nie bierze się tu pod uwagę oczekiwań świeckich, ich planów, nie mówiąc już nawet o przepadającej zaliczce. Drugie pytanie jakie trzeba zadać to czy urlop księdza jest jakąś wartością? Czy dyspozycyjność kapłana, która w oczywisty sposób wypływa ze ślubowanego posłuszeństwa i jest bezdyskusyjna oznacza, że w ogóle nie trzeba się liczyć z planami duszpasterskimi czy osobistymi kapłana? Czy nie jest lepszym rozwiązanie, w którym dekret obowiązuje np. od 25 sierpnia, a wydawany jest np. 25 czerwca? Można by wtedy zupełnie spokojnie ustalić z nowym proboszczem obowiązki pełnione od września, datę przeprowadzki najbardziej pasującą wszystkim stronom, pozwoliłoby to pozałatwiać w szkole i urzędach odpowiednie formalności, by zakończyć cykl pracy duszpasterskiej w wakacje jakimś wyjazdem duszpasterskim i zrealizować swój zaplanowany urlop. O ile oczywiście są to wartości…

Na pewno osobnym tematem jest niezbyt gorliwe podejście niektórych księży do swojej pracy. Rozumiem, że nie wszyscy mają te same dary, nie wszystko może się udawać, charyzmatów przecież się nie naśladuje ale się je posiada lub nie. Jednak nie jestem w stanie zaakceptować odpowiedzi księdza proszonego o asystowanie jakiejś grupie duszpasterskiej: „ja tego nie czuję”. Kościół katolicki jest przecież pełny Ducha, a On wzbudza wciąż na nowo zapał w sercach wiernych prowadząc do powstawania wciąż nowych form duszpasterskich. Kto jak nie kapłan ma rozeznawać te tchnienia i prowadzić wiernych bezpieczną drogą? Czasem kapłan odmawia nawet samej obecności, a czasem za bezpieczną drogę uznaje tylko „to co było zawsze” i skutecznie gasi niepowtarzalny charyzmat grupy. Choć jedynym, który był zawsze w Kościele jest tylko Duch Chrystusowy.

„Oto jestem z wami przez wszystkie dni” „Emanuel – Bóg z nami” „Jestem, który jestem” „Przyjdźcie do Mnie wszyscy”- Bóg mówi o swojej obecności. Zbawia nas OBECNOŚĆ. To ona – obecność Boga w człowieku jest niebem, które już jest i zarazem staje się bardziej – nadchodzi. Adam i Ewa dopuszczają się grzechu, gdy zapomnieli o Bożej obecności, gdy dialog z Bogiem zamienili na dialog o Bogu. Dlatego czasem w duszpasterstwie groźną pokusą może być mówienie o Bogu zamiast dialogu z Bogiem. Przeintelektualizowane poznanie Boga zamiast obcowania z nim przypomina wysiłek wychowania dziecka bez czułego dotyku, uśmiechu, niejako na dystans. Duszpasterstwo nie może być tylko mówieniem o Bogu, bo istotą naszego wzrostu jest przebywanie w Bożej obecności. Jak roślina by żyć nie potrzebuje wiedzieć o słońcu lecz przyjmować jego promienie, tak chrześcijanin pragnie Boga. Obecność kapłana, według SV II, jest wyrazem rzeczywistej obecności Chrystusa. Jako „Alter Christus” daje wspólnocie czy grupie duszpasterskiej poczucie bezpieczeństwa, pewność wiary, że w tym miejscu jest Kościół. Dlatego uważam, że jeśli nawet kapłan „nie czuje” charyzmatu grupy, nawet jeśli nie chce się angażować w poznawanie jej specyfiki, to nie może się wymówić od winy, gdy z tego powodu odmawia swej obecności. „Byłem chory a nie odwiedziliście mnie, byłem w więzieniu a nie przyszliście do mnie” – to surowe słowa ukazujące zło nieobecności. Nawet, gdyby zrezygnować z perspektywy teologicznej, to samo doświadczenie życia pokazuje, że człowieka zbawia obecność: konający trzymany za rękę; dziecko, które w zagrożeniu biegnie do matki; dziadek, w którym odżywają siły, gdy przyjeżdża wnuczek; człowiek zagubiony w lesie, gdy słyszy czyjś głos; czy wreszcie mąż, który swoje ukojenie odnajduje w ramionach żony – w tych sytuacjach nie potrzeba dużo – potrzeba tylko obecności. Obecność Boga jest stała, wierna, bezwarunkowa, świadoma swych dobrych zamiarów, czuła i miłosierna, prawdziwa.  Jego obecność jest wzorem dla naszej obecności w duszpasterstwie:  Przede wszystkim być, wiernie być, a resztę doda Pan Bóg.

Obecność jest glebą na której wyrasta miłość. Problem w tym, że wielu kapłanów po prostu boi się miłości. Boi się więzi. Bo miłość to więź, a więź rodzi zobowiązania. Może być czasem tak, że kapłan swoją dyspozycyjność rozumie jako życie bez zobowiązań. Tymczasem życie bez zobowiązań to życie bez miłości. To wpadanie w studnię egoizmu, który pod płaszczem dyspozycyjności próbuje rozpanoszyć się w środowisku duchowieństwa. Warto zwrócić uwagę, że Miłość rodzi zobowiązania, ona prowadzi do przymierza, do ślubowania, do wydania siebie. Natomiast odwrotnie się nie dzieje: zobowiązania nie mają mocy zrodzenia miłości. Nakazami i zakazami nie zmusi się człowieka by kochał. Jeżeli kleryków wychowuje się do realizowania zobowiązań nie dając im jednocześnie płaszczyzny, na której mogliby otrzymywać miłość, to czy przypadkiem nie wychowujemy przyszłych niewolników, najemników, niezdolnych do prawdziwego przyjęcia misji miłości?

Myślę, że przy zagadnieniu formacji seminaryjnej trzeba postawić poważne pytanie: jak z kleryka uczynić syna? Jak wychować przyszłych kapłanów, by ich radością było podejmowanie poważnych zobowiązań i więzi. Tu przychodzi mi na myśl formacja kapłanów dla Neokatechumenatu czy Opus Dei – tam już odkryto, że młody człowiek potrzebuje wzrastać pośród prawdziwych i głębokich więzi wspólnotowych, by dojrzało w nim ojcostwo, by rozwinęło się pragnienie „odpowiadania” za innych – pragnienie odpowiedzialności, z którego wyrasta ogromna radość życia jako brat pośród braci, grzesznik pośród grzeszników, ale i pasterz pośród owiec, ojciec pośród dzieci. Można postawić pytanie: czy obecna forma „odizolowania” kleryka ze świata spełnia swoje zadanie i pokładane nadzieje? Widzimy wyraźnie, że przesunęło się w czasie dojrzewanie psychiczne chłopców. O ile wiek inicjacji seksualnej się obniżył, o tyle zdecydowanie wydłużył się czas dojrzewania psychicznego. Odbija się to m.in. i tym, że dziś wiele dojrzałych i pobożnych kobiet nie może znaleźć sobie partnera. Choć mężczyzna ma 3-4 lata więcej niż kobieta, w swoim myśleniu wciąż pozostaje chłopcem, który bawi się swoimi elektronicznymi zabawkami – zjawisko znane pod nazwą syndromu „Piotrusia Pana”. Tacy też chłopcy między innymi trafiają do seminariów. Wczytując się w ojców pustyni zauważymy natomiast, że zdecydowanie odradzają życia w odosobnieniu niedojrzałym jeszcze adeptom, ponieważ pustynia bezlitośnie obnaża naszą niedojrzałość. „Jeden z mnichów, Abba Longin, powiedział: jeżeli najpierw nie nauczysz dobrze żyć wśród ludzi, to i w samotności nie będziesz umiał żyć dobrze” (Pierwsza Księga Starców, Kraków 1992, s.185). Jeżeli granatem oderwany od komputera, DVD, play-station, czy gameboya chłopak zaczyna być formowany do „dyspozycyjności” to może w nim powstać wrażenie, że styl życia, który do tej pory prowadził idealnie ją wyraża: nie wiąże się z nikim, nie angażuje się w żaden związek i dlatego teraz ze spokojnym (uśpionym) sumieniem siada przed swoje ulubione programy TV, gry, czy Internet. A ponieważ na tej drodze nie osiągnie pełnej integracji osobowości, ani nawet integracji seksualnej, będzie ofiarą swoich różnorakich niekontrolowanych wybuchów. I może spowiadać się w nieskończoność, a dojrzałości nie osiągnie starając się zachować swoją „dyspozycyjność”. Alternatywą więc wydaje się takie przeobrażenie formacji, by odosobnienie oferowała tylko dojrzałym, natomiast wyrwanym ze świata wirtualnego raczej oferowała wspólnoty, w których będą siłą rzeczy wchodzić w zależności, przyjmować miłość, oddawać ją, podejmować odpowiedzialność itd. Może wielu kandydatów do seminarium nagle odkryje, że są zdolni do więzi, że więzi to jest to czego im w życiu brakowało i z radością wejdą we wspólnoty małżeńskie, a do kapłaństwa dojdą nie ci, którzy boją się kochać , nie ci, których ludzie uczynili niezdolnymi do bezżeństwa, ale ci, którzy dla Królestwa Bożego chcą kochać Lud Sercem Jego Pana. Owszem, może się okazać, że dojdzie niewielu. Sprawa tu jest priorytetowa, bo niedojrzały człowiek-kapłan będzie lud formował do niedojrzałej miłości, a ten lud będzie do seminariów przysyłał jeszcze bardziej niedojrzałe dzieci… Czas zapytać, czy chcemy działać doraźnie i zapełniać luki duszpasterskie byle jakim księdzem, czy zdecydować się na formację elit zdolnych do dojrzałego świadectwa o Jezusie Chrystusie. Może się okazać, że izolacja kleryków we wczesnej formacji od głębokich i wzajemnych więzi z kobietami jest pułapką, w którą wciąga się niedojrzałą osobowość chłopca, by wyświęconego wypuścić w świat, w którym albo stanie się ofiarą swoich uczuć bo poleci jak ćma do pierwszego lepszego światła i ciepła, albo obwaruje się wysokim murem swojej „dyspozycyjności” i będzie opowiadał o Bogu z wysokości ambony – baszty,  a nie jak brat pośród braci cieszył się zbawczą Bożą obecnością.

Czasy się zmieniają szybko, ale ludzie i ich potrzeby nie. Wydaje się, że potrzeba na nowo zajrzeć w głąb Pisma i na nowo odczytać Ewangelię więzi. Zobaczyć jak Jezus budował relacje, jak żył, co proponował, co głosił?  Tylko Jezus jest jedynym nieprzemijającym wzorem naszego kapłaństwa. To On wyznacza standardy duszpasterskie. Zapraszam braci do dyskusji na ten temat.

Wróć do artykułów...>>


Anque
2011-10-25 21:52:19

that it's true! bo jakby wiele przykładów znanych mi i mojej wspólnocie z autopsji :) Cieszę się na to ważne pytanie postawione w tym artykule...

zosia
2011-06-15 20:00:23

Wspaniały artykuł Bog zapłać

Ala
2011-01-19 11:33:24

Myślę, że dlatego czasem jakiś kapłan nie odnajduje się we własnej posłudze, gdyż już wstępując do seminarium nie był tak naprawdę do tego przygotowany - złe doświadczenia rodzinne, nie do końca owocnie przeżyty czas lat w seminarium, potem trudna rzeczywistość - no i jest pod przysłowiową "górkę". Kiedyś gdy domy rodzinne były inne - tak mi się przynajmniej wydaje - stan kapłański miał się znacznie lepiej, mężczyźni byli silniejsi psychicznie, bardziej odpowiedzialni, co przekładało się na kondycję duchową kapłana, a teraz to właściwie chłopcy oderwani od mamy... nie wszyscy oczywiście, ale wyjątki potwierdzają regułę. Teraz są czasy bez prawdziwych mężczyzn, już prawie nie ma ich nigdzie.

ks. sławek
2010-12-22 17:55:05

Bardzo mądre słowa

ks. wojtek
2010-12-20 23:55:33

...ciesze się za taki głos się pojawił, dobrze nie być samemu w swoich przemyśleniach

x. jacek
2010-12-18 21:55:03

Zgadzam się: odosobnienie jakim jest celibat należy proponować tylko dojrzałym, a wyciągniętych z wirtualnego świata odsyłać do wspólnoty. Dzięki bracie!

Maciej
2010-12-17 13:17:56

Dziękuje za ten artykuł. Dobrze jest odkrywać te prawdy na nowo.

Marek
2010-12-16 11:27:28

Jestem we wspólnocie już wiele lat. W tzw. międzyczasie mieliśmy 6 kapłanów. Oczywiście każdy inny, jeden charyzmatyczny, wesoły, inny skupiony z lekkim dystansem. Ale każdy pozostawił wspólnocie niezatarty ślad swojej obecności. Jeden z owych 6 księży, jednak po miesiącu powiedział, że to nie jest jego duchowość, że się tu męczy. I jak stwierdził, to nie jest nasza wina, to w nim tkwi problem. Na szczęście udało się znaleźć innego kapłana. Co niestety nie było proste mimo wielu księży na parafii. To nie było łatwe doświadczenie, ale mam nadzieję, że póki Jezus będzie w centrum wspólnoty będziemy trwać.






linia
hedley©2009