Z jednej strony czułem potrzebę sięgnięcia po coś nowego, z drugiej zaś perspektywa niewiadomego napawała lękiem. Ten wieczór zaowocował radością z obecności, ale też pewną smugą cienia u prowadzących. Już po zakończeniu, w środę, gdy podsumowywaliśmy ten czas, podzieliłem się refleksją, którą można by oddać w słowach: mogło być lepiej z naszej strony. A jeszcze inaczej: każdy ewangelizator staje wobec pokus, które nie odnoszą się tylko do jeszcze niedoświadczonych, dopiero co zaczynających przygodę z ewangelizacją. One dotyczą każdego. Krótko po tym zostałem zaproszony do innej grupy młodych, którzy w ewangelizacji stawiają pierwsze kroki. Temat zatem narzucił się sam, a związałem go z pierwszą prawdą kerygmatu. I tak popłynęliśmy. Na falach Bożej miłości. Na fali Odpowiedź znajdujemy w istotnych cechach, przymiotach Bożej miłości. Pierwszą z nich jest bezinteresowność, która łączy się ze szczerością intencji. Albo jeszcze inaczej: czystością zamiarów. Mówi o niej Jezus w Kazaniu na Górze: „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli” (Mt 6,1). Przestroga dotyczy przede wszystkim wyrażania wiary, ale jest też przesłaniem dla głoszących. Nie splendor, uznanie, zaspokojenie własnych ambicji czy ukazywanie siebie, ale rzeczywiste pragnienie bycia przenikanym i niewidocznym. Dotyczy to zarówno czasu przygotowania, jak i czasu przepowiadania. Tu nieodzowna jest też inna cecha Bożej miłości, jaką jest ojcostwo, bo ono wiąże się z odpowiedzialnością. Za namysł, lekturę, przepracowanie i przemodlenie głoszonych treści. Warto przywołać tu ewangeliczną scenę rozmnożenia chleba (zobacz Łk 9,12 – 17). Uczniowie po ludzku uwzględniając sytuację proszą Jezusa, by wysłał ludzi dla poszukania schronienia i pożywienia. Jezus widzi to inaczej. Między „odpraw tłum” a „wy dajcie im jeść” następuje przejście z poziomu pozbycia się problemu do wzięcia odpowiedzialności za tych, którzy chcą trwać przy Nauczycielu. Ewangelizator słuchający Jezusa już na etapie przygotowania do podjęcia dzieła stara się nosić w sercu tych, do których będzie posłany. Czyniliśmy to często we wspólnocie kiedy na pierwszym spotkaniu dotyczącym rozpoczynającego się dzieła podejmowaliśmy codzienną modlitwę m.in. w intencji uczestników. Odpowiedzialność ewangelizatora dotyczy również wysiłku docieranie do wszystkich. Nikt nie może być wyłączony, a ważne jest właściwe rozpoznanie adresata i posłuszeństwo Jezusowi tak, by „wszyscy najedli się do sytości”. W spojrzeniu na ogół nie można zatracić indywidualnego podejścia do każdego z uczestników. Ten styl obrazuje osobistość Bożej miłości. Każdy jest wyjątkowy, bo tak patrzy Bóg, zarazem też każda działanie ewangelizacyjne nie może stać się kolejną akcją. Spiętrzenie różnych terminów i pokusa myślenia, że pewnie znowu się powiedzie, prowadzi do schematyzmu i sztampy. Inaczej postępuje Jezus uzdrawiający na tak wiele różnych sposobów. Jego spojrzenia, słowa, gesty zawsze były niepowtarzalne. Taką ma być każda ewangelizacja, która zmierza przecież do uzdrowienia relacji z Bogiem. Do jakiegoś odświeżenia i rozbudzenia na nowo zapału. To zaś z kolei ma być widoczne w postawie głoszącego niosącego nieustanną młodość, co odnieść można do miłości Boga, która jest wieczna. Ona nigdy nie jest zużyta, stara czy przeterminowana. Czy nie taki ma być powołany do ewangelizacji? Spontaniczny i wsłuchany w głos Jezusa, odnawiający w sobie za każdym razem decyzję pierwszych uczniów – rybaków (zobacz Mk 1,16-20). Ich natychmiastowe i pełne odwagi pójście za Jezusem stało się oderwaniem od przemijającej doczesności i wejściem w przestrzeń nieprzemijającej wieczności. Płyń |
||
|
||