Obserwując i przypatrując się, przyznam szczerze, że ksiądz nie ma dzisiaj łatwo. Ale czy kiedykolwiek miał? Dzisiaj nikt, nie ma łatwo. Bóg powołując nie zwodził łatwizną, spokojem, nie obiecał, że będziemy co dnia mieli dobre samopoczucie, że ludzie będą nas chwalili i ubóstwiali. On nie obiecał złotych gór, nic z tych rzeczy. „A myśmy się spodziewali…” Czego? Przecież na widok Jezusa niejednemu ciśnienie skoczyło, żeby tylko to była kwestia ciśnienia, przecież ciągle szukali sposobności, by Go…zabić! Dzisiaj na widok sutanny czy koloratki też wielu osobom ciśnienie skacze, a z chęcią oni skoczyli by księdzu do gardła. Jak być księdzem z powołania? Łatwe to nie jest. Przede wszystkim myślę, że najistotniejsza jest modlitwa, to nie może być „zgraja formuł” wypowiedzianych dla uspokojenia własnego sumienia. To ma być rozkoszowanie się obecnością z Tajemnicą. Najprostsza i najpiękniejsza modlitwa to „bycie”. „Bycie” z Tajemnicą, przed którą zginają się kolana, a serce zaczyna mocniej bić i się poszerza. Być prawdziwym, autentycznym, pozbawionym duchowej schizofrenii, świętym kapłanem - to zobowiązuje. Trzeba mocno zaznaczyć, że fundamentem dobrego kapłaństwa jest integralne człowieczeństwo. Człowieczeństwa wśród ludzi i z ludźmi się uczyć, do człowieczeństwa dorastać, człowieczeństwu sprostać i człowieczeństwo dźwigać. Ksiądz to nade wszystko człowiek. Człowiek wolny, nie zamknięty w schematach, nie wchodzący w układy, uduchowiony, „nieuświatowiony”, wolny od manipulacji. Zdolny mocno i po ojcowsku kochać. To ten, który stale ma otwarte nie tylko serce, ale i drzwi plebanii… Matka Teresa mówiła „tyle jesteś kimś, ile jesteś miłością.” Ksiądz to miłość! Miłość daje i miłości uczy, ale też miłości potrzebuje! Ale miłości w rozmiarze XXL, zdolnej pomieścić wszystkich bez wyjątku, nawet „synów marnotrawnych”, a może szczególnie ich. Sługa Ołtarza powinien być „bratem wśród braci i człowiekiem wśród ludzi”, wystrzegać się tego, „żeby nie być taką czcigodną osobą”. Nie jest ważne dla ludzi czy ksiądz jest prałatem, kanonikiem czy infułatem. To jest wtórne. Bo może być prałatem, nie będąc człowiekiem, może być kanonikiem, nie będąc człowiekiem, może być infułatem nie będąc człowiekiem, ba, może być ekscelencją, nie będąc człowiekiem. Książę w fioletach i purpurach nie jest potrzebny zwykłej „szarej owcy”. Musi mieć do tego dystans. Inaczej będzie komiczny! Przecież kościół to nie cyrk. Epoka hrabiów, „panów i władców”, szlachciców, „absolutów” diecezjalnych bądź parafialnych - dzięki Bogu – już się skończyła! Nadeszła epoka człowieka – w końcu! Księdzem winno się być z krwi i kości! „Ksiądz jest księdzem, albo jest niczym”. Wielu jest kapłanów, ale mamy straszny deficyt proroków. Potrzebny jest człowiek, święty. Natychmiast, zaraz. A świętość to nic innego jak doskonałość w miłości. Świętość jest poszukiwana, pożądana… Właścicielem powołania jest Bóg – Najczystsza Miłość, a miłość zobowiązuje i na deklaracjach się nie kończy! Znam wielu świętych kapłanów, którzy potrafili we mnie rozpalić miłość do Miłości. Szczególnie wspominam mojego katechetę z liceum ks. Rafała Barcińskiego. Dzięki jego świadectwu życia przyszedłem do seminarium. Dla mnie, przeciętnego licealisty to był „ktoś”. Zazdrościłem mu jego radości, uśmiechu nie znikającego z twarzy podziwiałem jego mądrość. Eucharystię celebrował „z marzeniem ministranta o kapłaństwie”, używając „nieśmiertelnych słów”. To było piękne, to cieszyło, dawało siły. Złapałem tego dobrego bakcyla. I poszedłem za Głosem… Być księdzem z powołania, radykalnym, świętym. Być miłością. Uczyć się kochać! I ciągle, jak mówi kolega Rafał z I roku być głodnym Boga, nienasyconym… To jest właśnie to, nie pozwala spocząć na laurach! Bogu niech będą dzięki za dar każdego powołania! |
||
Kruszyna
2010-12-27 22:53:15 Znałam i znam w swoim życiu sporo księży,niektórych z tak zwanego powołania i tych zwyczajnych czasem z poczucia kariery,ale zawsze patrzyłam na nich tak jakby byli żywymi świadkami samego Boga...dziś mogę powiedzieć, że powołanie księdza jest podobne do powołania siostry zakonnej,która odkrywa swoją łączność z Bogiem każdego dnia,która czuje w sercu palący ogień na myśl o Nim do tego stopnia, że ją przeszywa i która przede wszystkim jest Oblubienicą samego Boga,a to wielkie zadanie...Najważniejsza jednak jest obecność z samym Zbawicielem w tej małej Kruszynie chleba, która na wszystkich ołtarzach codziennie jest taka sama jeśli tylko w nią uwierzymy.Więc jeśli już czujemy w sercu obecność Najwyższego to nie ma co się zastanawiać jak to będzie przede wszystkim trzeba zaufać a się nie bać czy dam rade...Bóg jest wielki i nawet jeśli będziemy przed nim uciekać to to nic nie zmieni jeśli faktycznie mamy powołanie to on i tak nas "dopadnie" swoja miłością... Ola
2010-11-26 23:24:04 Piękny artykuł, bardzo mi pomógł. Dziękuję Patrycja
2010-10-22 10:53:25 Tak właśnie jest, tęsknić za Nim, tęsknić zabijającą tęsknotą, być hymnem o Jego miłości, tym jest prawdziwe życie i powołanie, nie tylko kapłańskie. Poczuć bicie serca na widok Tabernakulum i jakby ktoś rozrywał nam ręce gdy wychodzę z kościoła i nie chcę wyjść, gdy wracam, bo tysiąc razy za mało powiedziałam Ci, że Cię kocham, który jesteś moim Stwórcą i Zbawicielem - to poczucie życia we własnej duszy. To najgłębsze ostateczne pragnienie, pierwsze i ostatnie - żyć dla zachwytu Jego oczu, móc powiedzieć, że dla zachwytu Twoich oczu jest moje istnienie. Dla mnie tym jest miłość. Być skarbem Jego serca. Gdyby Bóg powiedział, że mam być tylko powietrzem, które drży, gdy grany jest hymn dla Niego, byłabym tym powietrzem z własnej woli. Dla mnie szczęście oznacza Jego szczęście. |
||
|
||