Niepokój budzi natomiast jakość niektórych kandydatów zgłaszających się do domów formacyjnych. Coraz więcej jest wśród nich osób z rodzin niepełnych i w kryzysie. Spora grupa kandydatów ma poważne braki w wychowaniu, zwłaszcza w wymiarze intelektualnym, moralnym, duchowym i religijnym. Wielu ma też problemy z solidnością, z pracowitością, z dyscypliną i z zaangażowaniem. Tymczasem Bóg nikogo nie powołuje do bycia księdzem czy zakonnikiem „drugiej kategorii”. W obecnych uwarunkowaniach kulturowych, społecznych i obyczajowych znacznie trudniej jest młodym ludziom dorastać do świętego kapłaństwa czy życia konsekrowanego. Podobnie zresztą, jak znacznie trudniej niż jeszcze kilkanaście lat temu jest im dorastać do świętego życia w małżeństwie i rodzinie. W tej sytuacji jeszcze ważniejsza niż dotąd staje się solidna formacja alumnów w seminariach duchownych. Formacja ta ma podwójny cel. Dla kandydata jest to czas modlitwy, nauki i różnych form zaangażowania duszpasterskiego po to, by weryfikować, czy rzeczywiście jest on powołany do kapłaństwa i czy rzeczywiście jego motywacja jest dojrzała. Z kolei wychowawcy seminaryjni są odpowiedzialni przed Bogiem i przed Kościołem za to, by pomagać kandydatowi w dorastaniu do powołania i by nie dopuścić do tego, aby ktoś przyjął święcenia czy złożył śluby zakonne bez osiągnięcia odpowiedniej dojrzałości. Do święceń nie wystarczy sam dar powołania. Konieczna jest także dojrzałość, która oznacza, że powołany dorasta do tego, by myśleć, kochać i pracować na wzór Chrystusa. Weryfikacja seminaryjna w obu wyżej wymienionych aspektach bywa z reguły skuteczna, gdyż zwykle do święceń dochodzi nie więcej kandydatów niż 50-60% spośród tych, którzy się zgłosili. Odejście z seminarium jest przejawem uczciwości, zwłaszcza gdy dokonuje się mocą osobistej decyzji danego alumna, który przed Bogiem i ludźmi uznaje, że kapłaństwo nie jest jednak jego drogą życia lub że nie dorasta jeszcze do łaski powołania. Dramat niewierności Każdy, kto odchodzi z kapłaństwa czy kto łamie śluby zakonne, szuka jakiegoś usprawiedliwienia, jakiejś formy wymówki. Działają wtedy psychiczne mechanizmy obronne. Kto nie postępuje zgodnie z sumieniem i z własnymi zobowiązaniami, ten przeżywa poważny niepokój i próbuje „załagodzić” ten niepokój jakąś formą alibi. Całkiem podobnie czyni nastolatek, który ucieka z domu, albo człowiek dorosły, który odchodzi od małżonka, Boga i Kościoła. Ci, którzy porzucają kapłaństwo czy łamią śluby zakonne, zwykle całą odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację obarczają swoich przełożonych, trudne warunki życia czy zbyt duży - według nich ciężar - obowiązków, które mieli do wypełnienia. W rzeczywistości najważniejszym motywem odejścia jest osobisty kryzys danej osoby, zaniedbanie modlitwy i ofiarnej miłości, ucieczka od odpowiedzialności i od nieuniknionego przecież trudu życia, brak czujności i dyscypliny, a także magiczne oczekiwanie, że w świeckim życiu jest łatwiej o rozwój i doświadczenie radości życia. Tymczasem rozwój i radość zależy od tego, jak postępujemy, a nie od tego, w jakim środowisku żyjemy. Chora kultura Dominująca kultura cechuje się ponadto populizmem w pedagogice, gdyż odwołuje się do mile brzmiących utopii o życiu na luzie, o kierowaniu się własnymi przekonaniami, o prawach bez obowiązków i tolerowaniu - a nawet akceptowaniu! - wszystkich i wszystkiego. No może poza Kościołem katolickim… Dochodzi nawet do tego, że niektórzy rodzice, pedagodzy, psycholodzy i seksuolodzy okazują się raczej demoralizatorami niż odpowiedzialnymi i realistycznymi wychowawcami. Ponowoczesność stawia dzieciom i młodzieży za wzór ludzi powierzchownych, a czasem nawet przewrotnych i cynicznych. To pierwsza cywilizacja, w której – kiepsko ukrywanym – ideałem stają się różne patologie. To kultura powierzchownego człowieczeństwa. Największy prorok naszych czasów – Jan Paweł II - trafnie zdiagnozował ponowoczesność jako cywilizację śmierci. Śmierć fizyczna jest zwykle poprzedzania śmiercią duchową i moralną. W takiej to niskiej kulturze umierania w człowieku tego, co w nim najpiękniejsze i najbardziej Boże, z trudem przychodzi młodym ludziom dorastanie do świętości i wierności otrzymanemu powołaniu. Zgorszenie czy mobilizacja? Najbardziej boli mnie i niepokoi to, że niektórzy z odchodzących zupełnie nie wstydzą się tego, że okazali się niewierni. To rzadkie, ale za to nośne medialnie przypadki. Tacy ludzie usiłują odgrywać nawet rolę „bohaterów”, którzy są – w ich subiektywnych deklaracjach – „wierni sobie” i którzy wybierają drogę „wolności”. To zaiste cyniczna i przewrotna logika, kiedy ktoś łamie własną, publicznie wobec Boga i Kościoła złożoną przysięgę i – zamiast zaszyć się gdzieś na przysłowiowym końcu świata - twierdzi, że w ten sposób jest wierny… samemu sobie. Człowiek w kryzysie potrafi nałogowo oszukiwać samego siebie i uwierzyć w każdy absurd, który pasuje do jego linii obrony własnego życiorysu. Zdumiewam się natomiast innym ludziom, w tym wielu dziennikarzom, którzy kompletnie bezkrytycznie powtarzają absurdalną linię obrony osób łamiących własne słowo. Nie wiem, czy to aż tak wielka naiwność czy też aż tak bardzo zaawansowany cynizm z ich strony… |
||
|
||