Nawet próby wspólnej modlitwy zakończyły się tym, że On się modlił, a oni spali. Jakimś indywidualistą i samotnikiem musiał być Jan Chrzciciel. Szły za nim tłumy, ale wydaje się, że tylko on pojął i zrozumiał, że nadchodzi Baranek. On też miał uczniów i to nie byle jakich - Andrzeja i Jana, ale szybko ich oddał Jezusowi i znów szukał nowych współpracowników. Podobnie musiało być i ze świętym Pawłem i wieloma innymi, charyzmatycznymi postaciami historii Kościoła. Te moje pytania o indywidualizm i samotność przenoszą się na nasze kapłańskie życie. Żyjemy obok siebie, często nawet we wspólnocie, ale jakby samotni, jakby nie do końca zdolni do współdziałania. Ciągniemy ten “wózek” Kościoła niby razem, ale każdy w swoją stronę i po swojemu. Sam nie mogę pochwalić się zdolnością do współdziałania, bo choć wydaje mi się, że jestem na nią otwarty, to często jedynie na moich warunkach. I nie ma w tym żadnej gry, ani chęci jakiegoś zysku, ale w swojej mniszej naturze nie lubię wychodzić poza świat mojej duchowości, mojego myślenia o Bogu i koncepcji na Niego. Sądzę, że wielu moich braci mogłoby się wpisać do takiego kapłańskiego klubu indywidualistów i samotników, choć oskarżamy się o to wzajemnie, taksując, który z nas bardziej. Ale może nie muszę szukać doskonałej jedności? Może, tak jak w każdym człowieku grzech rozwalił wewnętrzną integralność, tak i w ludzkich wspólnotach grzech rozwalił naturalną zdolność do współdziałania? Może przez to skazani jesteśmy na nasz indywidualizm i samotność, a zamiast oczekiwać jakiegoś cudownego rozwiązania może trzeba z tej słabości uczynić kolejne miejsce teologiczne, miejsce działania Boga w naszej samotności i indywidualizmie? A co z indywidualizmem? Z pewnością Bóg go nie chce, bo nie może chcieć czegoś co rozwala lub przynajmniej mocno osłabia Jego Kościół. Ale, skoro ten indywidualizm, w mniejszym lub w większym stopniu jest udziałem nas wszystkich, to może znowu warto go przyjąć jako zadanie od Boga? Może warto, żebym pokochał mojego brata z jego doświadczeniem Boga, z jego duchowymi, bardzo osobistymi doświadczeniami i przekonaniami ? Może warto, żebym w tym bardzo indywidualnym myśleniu zobaczył jakieś światło i uwierzył, że to co wydaje się być takie poszarpane, w rękach Boga staje się pięknie tkanym dywanem? Odnaleźć w naszym indywidualizmie miejsce teologiczne to może wcale nie znaczy wszystko uzgodnić, ujednolicić, ale pokochać te nasze różnice i zrobić wszystko, żeby one nie były źródłem krytyki, oskarżeń, podkładania nogi, ale żeby z tych naszych kwiatków Bóg mógł uczynić cudowną łąkę Kościoła? |
||
|
||