Pierwsze polecenie, z jakim Bóg zwraca się do człowieka, dotyczy właśnie małżeństwa i rodziny: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” (por. Rdz 1, 28). W Biblii błogosławieństwem jest jedynie płodność małżonków i dlatego owo pierwsze polecenie Boga to zaproszenie do tego, by mężczyzna i kobieta pokochali siebie aż tak bardzo, by zapragnęli pozostać ze sobą na zawsze i by z radością przyjmowali dar potomstwa. Jestem kapłanem powołanym do tego, by - na wzór Chrystusa - stawać się odważnym obrońcą kobiet oraz by chronić małżeństwa i rodziny przed różnorakimi zagrożeniami. Celibat kapłański nie jest dla mnie formą ucieczki od więzi z kobietami, lecz przeciwnie – stanowi pomoc w tym, bym zachował w sobie serce wolne i czyste po to, by spotykane przeze mnie kobiety wspierać w dorastaniu do ich kobiecego geniuszu oraz by pomagać w rozwoju tym, których one najbardziej kochają. Dzięki celibatowi mogę od rana do wieczora troszczyć się o powierzone mi małżeństwa i rodziny, nie czyniąc tego kosztem mojej żony i własnych dzieci. Rozumiem, że to z tego właśnie powodu w całej swej historii Kościół wykluczał możliwość zawierania małżeństw przez tych, którzy przyjęli sakrament kapłaństwa. Również w Kościele prawosławnym nie jest możliwe zawarcie małżeństwa po przyjęciu święceń kapłańskich. Pragnę przygotowywać młodych ludzi do życia w małżeństwie i rodzinie nie tylko wtedy, gdy prowadzę kursy przedmałżeńskie, ale poprzez każdy rodzaj pracy formacyjnej z dziećmi i młodzieżą. Najradośniejszym dla mnie zadaniem jest fascynowanie dzieci i młodzieży prawdziwą miłością, o której marzą. Pamiętam o tym, że także moim największym marzeniem jako nastolatka było małżeństwo i szczęśliwa rodzina. Wiem o tym, że każdy człowiek chce być pokochany miłością nieodwołalną i wierną. Każda kobieta i każdy mężczyzna marzy najbardziej o tym, by spotkać kogoś, dla kogo stanie się kimś bezcennym na zawsze. Właśnie dlatego moją szczególną troską jest ochrona nastolatków przed demoralizacją. Staram się pomagać młodym ludziom tak żyć, by nie zniweczyli oni ich własnych marzeń o miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Dzięki częstym kontaktom z zaprzyjaźnionymi rodzinami wiem, że w doczesności nic nie przynosi tak wielkiej radości, jak szczęśliwe małżeństwo i trwała rodzina, ale też nic tak bardzo nie boli, jak rodzina, w której zaczyna brakować miłości, a pojawia się krzywda i cierpienie. Niemal codziennie przekonuję się o tym, że pierwszymi ofiarami kryzysu małżeństw i rodzin są dzieci i kobiety. Wiem, że to my, mężczyźni, znacznie częściej krzywdzimy kobiety niż one krzywdzą nas. Moim powołaniem jest naśladowanie Jezusa, który był największym w historii ludzkości obrońcą kobiet i dzieci. On nie pozwalał krzywdzić kobiet nawet spojrzeniem i stanowczo przestrzegał przed gorszeniem dzieci. Kierując się Jezusową troską o los kobiet i rodzin, staram się solidnie weryfikować dojrzałość narzeczonych po to, by się upewnić, że są oni w stanie wiernie i radośnie wypełnić przysięgę małżeńską. Zdarzyło mi się raz nawet to, że komuś z bliskich krewnych odmówiłem asystowania przy ślubie, gdyż było dla mnie oczywiste, że obydwoje narzeczeni nie osiągnęli jeszcze takiego stopnia dojrzałości, jakiego wymaga sakrament małżeństwa. Wiem, że kapłan ma obowiązek upewnić się, czy dany kandydat na małżonka dorósł już do miary tej miłości, na której opiera się święte małżeństwo i mądre wychowanie dzieci. To właśnie kapłan ma wyjaśniać narzeczonym i ich rodzicom, że sakramenty nie są jednym z praw obywatelskich, lecz darem Boga dla tych, którzy dorastają do miary tego daru. Wiem też, że jeśli jakieś małżeństwo przeżywa poważny kryzys, to można postawić uzasadnione pytanie o to, czy w danym przypadku solidnie wypełnił swoje obowiązki ten ksiądz, który przygotowywał ich do ślubu i który orzekł, że obydwoje są na tyle dojrzali, że potrafią wypełnić przysięgę małżeńska. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym niesolidnie przygotował lub jedynie powierzchownie zweryfikował dojrzałość narzeczonych do małżeństwa, to zaciągnąłbym wielką winę moralną. Na sercu leży mi również troska o solidną formację chłopców i mężczyzn, by uczyli się rozumieć, kochać i szanować kobiety. Stanowczo przypominam tym, którzy już są mężami i ojcami, że zaczynają łamać przysięgę małżeńską nie wtedy, gdy zdradzają czy biją żonę (to byłoby już przestępstwo!), ale gdy nie okazują żonie i dzieciom miłości, którą przecież ślubowali. Skoro my, księża, jesteśmy urzędowymi świadkami małżeństw zawieranych w naszej obecności, to mamy także obowiązek pomagania małżonkom w tym, by nikt z nich nie złamał złożonej przez siebie przysięgi. Nasza kapłańska pomoc w tym względzie przejawia się szczególnie poprzez prowadzenie grup formacyjnych dla małżonków i rodziców, a także przez codzienną troskę o solidne wychowanie ich dzieci. Wymagam od siebie stanowczości w działaniu wtedy, gdy małżeństwa, którym towarzyszę, przeżywają kryzys. Jeśli poważnie krzywdzona jest żona i dzieci, to wtedy uruchamiam wszelkie możliwe formy pomocy dla nich. W skrajnych przypadkach przypominam kobietom o tym, że mają prawo bronić się przed mężem-krzywdzicielem do separacji małżeńskiej włącznie. Także bowiem w małżeństwie obowiązuje zasada: to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził. Wiem, że najbardziej owocną formą wspierania małżeństw i rodzin jest moja codzienna i ufna modlitwa w ich intencji do Boga, który każdego z nas rozumie, kocha i uczy kochać. Jan Paweł II w „Liście do kapłanów” w 1994 r. wzywał każdego z nas: „Módlmy się za nasze rodziny duchowe, za osoby powierzone naszemu posługiwaniu”. Serdeczna modlitwa to początek i dopełnienie każdej mojej posługi na rzecz małżeństw i rodzin. |
||
|
||