Dojrzewa się w zakresie wiedzy, wiary, miłości. W relacjach i umiejętnościach, przyswajając stopniowo określone wartości, cnoty. Dojrzewają rodzice w swoim rodzicielstwie, pracujący w określonych profesjach. To wtedy mówi się o fachowcach, którzy naprawią wszystko. Dojrzewanie jest radością ze wzrostu. To tak, jak drzewo rodzące owoce, ziemia, na której wyrastają rośliny. Dojrzewanie ma kolor zieleni, jest doświadczeniem nowości, młodości, ciągłą wiosną naszego życia. Dojrzewać trzeba też w kapłaństwie, by spełniać się na drodze, która została wybrana i odkryta. Podjęta przez kapłana, ale przecież określona przez Jezusa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał” (J 15,16). Te słowa Ewangelii czytane podczas liturgii kapłańskich święceń właściwie rozkładają akcenty i ustalają istotną kolejność życia każdego księdza. Skoro Jezus wybrał, to właśnie w Nim, Jego słowach odkrywa się kapłańską drogę. Patrząc na Mistrza i uczniów, On przecież wybrał tych, których sam chciał. Dojrzewanie uczniów to odniesienie dla wzrostu wszystkich powołanych na Boże żniwo. Wydarzenia ukazujące apostolskie „stawanie się” stanowi pierwszy i podstawowy obraz, w którym trzeba się przeglądać jak w lustrze. Do jednego z takich wydarzeń pragnę sięgnąć. Z nieśmiałym zastrzeżeniem: chciałbym najpierw mówić do siebie z nadzieją, że inni też z tego zaczerpną. Dojrzewanie uczniów Jezusa Wzrastanie uczniów obecne jest w licznych wydarzeniach Ewangelii. Wśród nich są te, które ukazują jakby zderzenie różnych wizji. Jezusowej oraz apostolskiej. Przywołam jedno z nich, z Ewangelii św. Łukasza. Nosi tytuł „Niegościnni Samarytanie”. Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia [z tego świata], postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: «Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?» Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego z miasteczek. (Łk 9, 51-56) Wydarzenie to otwiera pierwszy etap drogi Jezusa do Jerozolimy. Syn Boży zmierza tam, gdyż nadszedł „czas Jego wzięcia z tego świata”. Jezus wyrusza, by dokonać dzieła zbawienia. Uczniowie zostają wpisani w drogę Jezusa, a to wiąże się z próbą otwarcia domów w pewnym samarytańskim mieście. Karkołomne to zadanie, zważywszy na to, że Samarytanie oraz Żydzi nie żyli ze sobą w przyjaźni. Sposób podejścia do religijności oraz kultu stanowił główny przedmiot sporu. Z czasem oba narody przestały ze sobą rozmawiać, pojawiła się niechęć i wrogość. Wydawać może się zatem dziwne, że Jezus, który o tym dobrze wiedział, wysyła posłańców do takich właśnie ludzi. Tu nie można spodziewać się dobrego słowa, a co dopiero znaleźć miejsce zatrzymania. Jest zatem ze strony uczniów zaufanie do Mistrza i wola realizacji tego zadania. Współcześni uczniowie to kapłani posyłani w bardzo różne miejsca. Środowiska „obce”, często „wrogie” Jezusowi, obojętne i zamknięte na Jego słowa. To także ilustracja zadań jakby z góry skazanych na niepowodzenie i porażkę. Jezus poprzez kapłańską posługę pragnie dać szansę każdemu i chce, by Jego uczeń tę szansę realizował. Wobec innych i wobec siebie. Zamknięte domy Samarytan wzbudzają reakcje uczniów. Zostaje ona wypowiedziana ustami „synów gromu”, braci Jakuba i Jana. Propozycja rozwiązania jest adekwatna do przydomka uczniów: «Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?» Cieszyć może fakt, że reakcja w ogóle się pojawia. Bo mogło być inaczej. Odpuszczenie, machnięcie ręką, pozostawienie. To pokusa, której łatwo ulec. I szybko podeprzeć się ewangelicznymi świniami i perłami. Skoro nas, wysłanników Jezusa nie chcą, to po co zawracać sobie głowę, to będzie po ludzku bez sensu. Ale dodajmy zarazem, że nie ewangeliczne. Sposób rozwiązania problemu nie zyskuje aprobaty Jezusa, On tak naprawdę daje szansę Samarytanom, by dojrzeli. Pozostawia nie z obojętności, ale z miłości. Jednocześnie zaprasza do budowania tej dojrzałości przez uczniów. W tym ewangelicznym zdarzeniu widzę trzy obszary dojrzewania, trzy istotne relacje. Można je nazwać w następujący sposób: 1.relacja uczniów do Jezusa Spróbujmy je opisać, one stanowią ewangeliczną przestrzeń wzrastania. Uczniowie wobec Jezusa Jan i Jakub zwracają się do Jezusa z określoną propozycją. Nie pytają tak naprawdę o to, co teraz zrobić. Oni zdają się wiedzieć. Chcą tylko zyskać ze strony Mistrza przychylność dla swego pomysłu. Reakcja Jezusa pokazuje, że nie dali pierwszeństwa Jego słowu. Nie zapytali się przecież: Co chcesz, byśmy uczynili? Co mamy robić wobec tego Panie? Jaki jest Twój plan na nasze niepowodzenia? Jezus nie przystając na propozycję uczniów, zaprasza ich do odkrywania Jego zamysłu. Zobaczenia w sobie, Jego samego, spojrzenia Jego oczami, Jego sercem. Czyż nie są to wyraźne określenia kapłańskiej drogi, kapłańskiej tożsamości? Tak to widzę i przypomina mi się otrzymany przed paru laty pewien prezent. Od młodych ludzi, z którymi urządzałem spływy kajakowe. Odchodziłem z parafii z wiosłem, na którym była dedykacja. Ona od początku stała się dla mnie przedmiotem zastanowienia, choć wiem, że intencja wygrawerowanych słów była jak najbardziej szlachetna. Czytam tak: „Dla naszego przewodnika duszy i ciała, który wie kiedy być dla nas bardziej księdzem, a kiedy kumplem i przyjacielem”. Może ktoś powie: jakieś tam subtelności. Dla mnie jednak stało się to pretekstem do postawienia pytania o sposób bycia księdzem. Takim, w którym jest miejsce na to, co ludzkie i zarazem Jezusowe. I nie trzeba tego w sobie rozdzielać. I wiem, ze potrzebuję modlitwy w stawaniu się księdzem, każdego dnia. Właśnie: każdego dnia. Mam ją ze strony młodych, zwłaszcza od wieczoru wielkoczwartkowego. Wtedy dostałem szczególny prezent. Przerósł moje wyobrażenia i oczekiwania. Siedmiu młodych (wspaniałych) podzieliło tydzień pomiędzy siebie i zobowiązało się do modlitwy w mojej intencji. Do końca życia… Ich życia…. Początek tej modlitwy wskazuje na tajemnicę kapłaństwa. Takiego, w którym relacja z Jezusem staje się zażyłością. Gdzie codziennym zdumieniem jest bycie drugim Chrystusem. Ci młodzi ludzie pokazali rzecz najważniejszą. Działanie, pomysły, zadania mają w życiu kapłana początek w modlitwie. Ojciec Raniero Cantalamessa w jednej ze swoich konferencji do kapłanów powiedział: „Mówi się również: Ale jak można spokojnie się modlić, jak nie biegnąć, kiedy dom się pali? To również jest prawdą. Ale wyobraźcie sobie, co by się stało z grupą strażaków, która przybiega, aby ugasić pożar, i nagle zdaje sobie sprawę, że nie ma ze sobą w beczce ani kropli wody. Jesteśmy do nich podobni, kiedy biegniemy do głoszenia bez modlitwy. To nie znaczy, że zabraknie słów, wręcz przeciwnie, im mniej się modli, tym więcej się mówi, ale są to słowa puste, które nie przenikają do serca nikogo.” Chciałoby się dodać: iść ewangelicznie, to znaczy iść z Jezusem, którego słowo jest zawsze pierwsze. Życie pokazuje niełatwość tej prostej przecież zasady. Zwłaszcza wobec trudności, przeszkód i problemów. Tak było w sposobie zachowania uczniów, tak jest też w kapłańskiej drodze życia. |
||
|
||